Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 kwietnia 2011

Słonecznie rozleniwienie, bo słońce wróciło

Wiem, wiem, że wiosna się schowała. Jakoś tak głupio wyszło, że napisałam tę wiosenną notkę i parę minut później zaczęło lać, bo padaniem tego nie nazwę. Od wczoraj jest już troszkę ładniej, gdyby nie wiatr, który urywa głowy to byłoby całkiem gorąco.

Musze napisać o szoku, któy przeżyłam wczoraj. Mianowicie W postanowił zaangażowac się ekologicznie (co do niego jest niepodobne zupełnie) i tto włażnie z jego inicjatywy byliśmy wczoraj na wrocławskim Eko Jarmarku wymienić butelki z ostatniej imprezy na bilety. Moim zdaniem akcja wymiany odpadów różnego rodzaju na bilety do inetersujących miejsc to super pomysł. O wielkim zainteresowaniu akcją świadczyła kolejka, w której trzeba było wystać ok 2 godzin. Jedynym minusem, który niestety nas dopadł było, to że co godzinę dochodziły nowe bilety, a pod koniec godziny zostawały już tylko "reszki", których nikt nie wybrał. W związku z tym zdobyliśmy wejściówki do Muzeum Architektury :/ zobaczymy jak tam będzie.
Natomiast dzisiaj spokojna, słoneczna niedziela i nawet Pyton jakoś nieruchliwy (znaczy nie sępi jedzenia;). Wieczorem kroi się koncert liryczny bardzo, ale czy faktycznie się skroi to się okaże, bo jakoś mi się strasznie nie chce spotykać z ludźmi dzisiaj.

Ps. Amarantko, teraz, jak i ostatnio mieszkam na Śródmieściu, a dokładnie w okolicach Mostów Warszawskich.

Ps. Ciekawe kiedy w końcu oda mi się napisać cos o jedzeniu... ciekawe.

sobota, 16 października 2010

Znów zwyczajnie, bez kulinarnych wynurzeń


Jedzenie jedzeniem, ale stwierdziłam, że czas pisać tu częściej, więcej zwyczajnie o codzienności, o radościach i łzach (łez to mogłoby być mniej niż więcej w zasadzie).
Zaczynamy.
Dzisiaj była wycieczka. Znaczy w końcu przeszliśmy się gdzieś dalej niż na przystanek. Znów potwierdziło się moje przypuszczenie, że mieszkamy w bardzo zielonej okolicy. To miło mieć poczucie, że powietrze, które wpuszczam przez (wiecznie) otwarty balkon w większości składa się z powietrza, a nie ze spalin. Fajnie też móc ze znajomymi posiedzieć na ławeczkach w parku zamiast w czterech ścianach się dusić. Jak już wspominałam była wycieczka zakończona zakupami na tydzień. Niestety okazało się, że my (takie dwa małe ludziki) potrafimy zjeść w ciągu tygodnia bardzo dużo, więc powrót z bardzo ciężkimi plecakami musiał odbyć się już tramwajajem, a nie na nogach.
Poza tym doszliśmy do wniosku, że gotowanie w podskokach i na dodatek w dwie osoby to nie nasza domena. Mi udało się przesolić warzywa, a W. osłodził, a później przesolił makaron... także tego... obiad był przepyszny i nie bardzo wiedzieliśmy jak to to zjeść. Po tym gotowaniu i zakupach dochodzę do wniosku, że musimy pozbyć się z kuchni soli i przestać jeść mięso i ser (na resztę może nas stać :P).
Teraz po zakończonej powodzeniem bitwie z historią wychowania śpiewam do głośników, a W. "jeździ" uazem ;)
Właśnie, doszłam do wniosku, że muszę się w końcu nauczyć odpowiadać na komentarze pod nimi. Nauczę się, obiecuję.
Na koniec wrzucam muzyczkę. Muzyczka pozytywna i radosna i kojarząca się z e Zduńską Wolą, ale to długa historia :)

Muzyczka

poniedziałek, 3 maja 2010

Ze zdjęć relacja

Wczoraj byłm na spacerze z dwoma kochanymi wściekliznami.
A było to tak:





Dzisiaj... zaczęliśmy sezon :D Pierwsza tegoroczna wyprawka do Załęczańskiego Parku Krajobrazowego.
Aż nie mogę się powstrzymać przed wrzuceniem zdjęć.
Boże, dziękuję, że są na świecie przyjaciele, którzy wiedzą lepiej ode mnie czego mi trzeba.













A dla Pasi sto lat!
Po pierwsze, bo ona bardzo lubi śpiewać "Sto lat", po drugie bo ma urodziny dziś.



Jutro zaczynamy matury...fantastycznie...

piątek, 30 kwietnia 2010

Nie nadajemy z Wrocławia

Dzisiaj miałam napisać notkę zaczynającą się od słów "Halo, halo. Znów nadajemy z Wrocławia.", ale nie zacznę tak. Nie zacznę, bo nadal nadaję z Łasku, bo jedne rzeczy trwają za długo, a inne nie chcą czekać. Na szczęście W. zdążył dołączyć do mnie. Na szczęście, bo inaczej przerwa majowa byłaby nieznośna.

Wiecie skończyłam dzisiaj szkołę. Dziwnie, tak wcześnie.

Dziękuję za wcześniejsze komentarze. Jestem zdumiona niezmiernie i jeszcze raz dziękuje... tak wiele ciepłych słów.

poniedziałek, 8 marca 2010

Z życzeniami.



Kobietki moje kochane, życzę wam słonecznych dni, świeżych produktów, ostrych noży, gorących piekarników, zimnych lodówek, szybkich mikserów i niezawodnych sąsiadek od pożyczania cukru. W zasadzie wszystkiego, co najlepsze.


Dzień kobiet. Fajna sprawa w zasadzie. Lubię kiedy chłopcy w każdym wieku nagle poczuwają się do roli gentlemanów. Urocze jest to zwykle, ale żeby nie było, że się śmieję, nie, nie, nie, stanowczo nie. Nie ma w tym co piszę żadnej ironii. Tak, więc były dzisiaj miłe słówka, buziaczki i wirtualne kwiatki, dziękuję i z rumieńcem na twarzy przyznam się, że miło mi niezmiernie.




Kwiaty w wersji "mały budowlaniec"

czwartek, 4 marca 2010

Grrrr... nie lubię wielu rzeczy, oj zapewne zbyt wielu. Za to dzisiaj najbardziej przeszkadzają mi moje dwie cechy: ogromny wewnętrzny leń i nadmiernie przejmowanie się wszystkim. Nie mogę się zabrać od dawien dawna nie mogę się zebrać do zrobienia czegokolwiek, do nauki, do sprzątania, do wyjścia na spacer. Wiem, że marudzę, ale tak to jakoś mi się zrobiło, że pokłady mojej energii zostały do dna wyskrobane, a dziura po nich z głupim uśmieszkiem czekają na słońce, na W., na nie wiem na co... Tak, tak przejmowanie się też się włączyło i teraz siedzę i analizuję zamiast wbijać do głowy "niezbędna mi wiedzę".



Tak powiedziała mi herbata. Pewnie miała rację.


Skoro już mam dzień na marudzenie to dodam, że fizycznie też coś niezbyt. Leczę się, więc jak umiem. Mogę pokazać wam jak.



Oto tak. Styropian z ilością masła, którą zjadłaby czteroosobowa rodzina przez tydzień i nutellą. Pyszne, kaloryczne. A co, wolno mi, nie!?!!

czwartek, 25 lutego 2010

risotTo.

Wczoraj wróciłam do Łasku. Nie uśmiecha mi się to wcale, ale jak trzeba to trzeba. Na dodatek muszę się pochwalić, że udało mi się wczoraj dotrzeć prawie samodzielnie na dworzec we Wroc. i nie zgubić się łażąc bez celu przez godzinę.
Ale nie o tym. We wtorek postanowiłam ugotować coś, czego jeszcze nigdy nie robiłam, a miało być przyjemne w przyrządzaniu, chodzi o risotto. No i klops, z riosotto został tylko TO. Jak to stwierdził W. po ryżu nie było czuć innego sposobu przygotowania, smakował jak gotowany. No i nie wiem co i jak poszło źle. Ryż się n ie rozgotował, przysmażył się aż za bardzo, potem dochodził z bulionem. Nie wiem... nie wiem. Czy ktoś wie?

poniedziałek, 22 lutego 2010

Nadajemy z Wrocławia.

Tak jest, od wczoraj Weronika urzęduje we Wrocławiu. Jak na razie byłam na jednej wycieczce i prawie się nie zgubiłam. Tfu... jakiej wycieczce?! Ja zostałam perfidnie wykorzystana jako wielbłąd, który oprócz tego, że przyniesie to jeszcze wie co przynieść i co z tego ugotować. Aaaaaa! przepis będzie później, bo własnie kuchnia się zwolniła i muszę iść ją zaklepać dla siebie.

sobota, 20 lutego 2010

Biwak ala koło gospodyń.

Z okazji, że mamy ferie postanowiliśmy zrobić jakiś mały biwaczek. Szkoda, że ludzie nie dopisali. Właśnie w związku z niedoborem ludności i śniegu biwak z biegania po dworze przeistoczył się w koło gospodyń i jaskinię gier wszelkiego rodzaju :D







Gra w eurobiznes połączone z zagniataniem drożdżowego ciasta. Ciasta na pizze, oczywista. Na szczęście tym razem nie było kompromitacji i pizza wyszła pyszna. Ciasto tez było pyszne. Ogólnie udało się. Później pojawiło się zmienione domino i janga.


Drugim wypiekiem były pyszne ciasteczka z kleiku ryżowego. Uwielbiam te ciasteczka, to takie ciasteczka z dzieciństwa i choć nie ma tu zdjęcia przepis zamieszczę, bo warto :)

Ciasteczka z kleiku ryżowego.

* paczka kleiku ryżowego
* kostka margaryny do pieczenia
* 3 jajka
* szklanka cukru
* 5-6 łyżeczek wiórków kokosowych
* cukier wanilinowy
* łyżeczka proszku do pieczenia
* lekko kwaśny dżem lub konfitura

Z podanych składników ( poza dżemem) zagniatamy ciasto.
Formujemy ciasteczka z zagłębieniem, u mnie wyglądają one jak kluski śląskie.
Pieczemy aż zbrązowieją ( jak zwykle nie patrzyłam na zegarek).
Dziurki w ciastkach zapełniamy dżemem.

Nie, nie będę wypominała chłopakom chęci wsypania do ciastek łyżki (nie łyżeczki) proszku.


Za to dzisiaj zajęcia opierały się na szyciu. Oj tak, nigdy nie wątpiłam w nasze talenty... Pluszaki wyszły fantastycznie. Mnie szczególnie urzekł hipopotam z dwoma nogami i lamparcimi cętkami. Teraz czas na standardowy biwak z "pocioraką".

czwartek, 18 lutego 2010

Kurczak na wakacjach. Kurczak w ananasach.



Kurczaka poznałam dzięki W., z którym go kiedyś gotowałam. Żeby było śmieszniej W. nie bardzo lubi takie wynalazki i nie bardzo lubi ananasa. Nie ważne, ja lubię.
Kurczak jest szybki i łatwy w przygotowaniu. Nie prezentuje się zbyt ładnie, chociaż kolorek ma całkiem przyjemny.

Kurczaczek w ananasach.

Dla czterech osób potrzebujemy:
* podwójna pierś kurczaka
* ciut mąki
* olej
* 2 szklanki ryżu
* puszka ananasów
* 2/3 szklanki zalewy z wyżej wymienionych
* 1/3 szklanki zimnej wody
* 2 łyżki mąki ziemniaczanej
* 5 łyżek sosu sojowego (raczej ciemnego)
* pieprz
* imbir
* curry

Pierś po umyciu i oczyszczeniu kroimy na małe podłużne kawałeczki.
Kawałeczki te obtaczamy w mące.
Mięsko podsmażamy na oleju aż się ładnie zarumieni.
Dodajemy pokrojone ananaski i smażymy jeszcze chwilkę.
Mąkę ziemniaczaną mieszamy z maka i wodą.
Wlewamy to na patelnię.
Wszystko mieszamy, przyprawiamy i wrzucamy na ryż. Ugotowany ryż oczywista.

To i tyle.

Muszę się jeszcze pochwalić, tak po cichutku i przy okazji, że zaczęłam produkować dla siebie broszkę i mam głęboką nadzieję, że się uda.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Zmiks

Miotałam się dzisiaj po domu w poszukiwaniu pomysłu na coś małego, szybkiego do pojedzenia i wymyśliłam, znaczy ściągnęłam pomysł żeby zrobić koktajl.

Truskawki...




...rozmrażały się w objęciach misia, za rurą od kaloryfera.




Mleko się ciut podgrzało w moim zacnym emaliowanym garnuszku...




a potem luuuu na turkawki.






Na koniec należy dokonać masakrę za pomocą blendera, czy innej miksującej maszyny. Wrrrrr, brrrrrr i uzyskujemy taką piękną różowiutką chmurkę.




Poza tym muszę się pochwalić, że mój kochany W. zorganizował romantyczne walentynki :) Kulig był. Taaaaak, kulig!! Jako dodatkowe atrakcje przewidziane było: prowadzenie samochodu przez Patkę, wyciąganie samochodu z rowu, nauka pokonywania poślizgów, poznawanie nowego układu dróg w łasku. No tak, romantycznie było :)

czwartek, 11 lutego 2010

Przypomniało mi się.

Oj, ile teraz mam w głowie myśli do napisania, a jak mało siły żeby pisać. Dziwaczny był ten dzień. Jak zwykle zaczynam stresować się na zapas, myśleć, że wiem jak to będzie.
Słucham sobie Apolinarego Polka, kilka piosenek na krzyż z youtube, bo obiecałam sobie, że nie ściągnę tej płyty. Jak na razie widziałam tylko jeden koncert rzeczonego i zaczarował mnie. Nie wiem jak. Cały koncert śmiałam się przez łzy i płakałam przez śmiech. Dowiedziałam się też, że żeby grać na harmonijce ustnej trzeba spotkać diabła na rozdrożu i sprzedać mu nerkę. W. powiedział, że nie mogę sprzedawać nerki... ;/ To ja sobie posłucham na spokojny sen.
Przez Amarantkę zaczęłam się zastanawiać nad Naszym jedzeniem i wiesz, wszystko, co przychodzi mi do głowy jest takie śmieszne. Kawa i kisiel jabłkowy z papierka? Chociaż... była taki jeden posiłek, który zapamiętam na zawsze. Kanapka z serkiem topionym i gorąca herbata w Okupie, które próbowałam przełknąć i nie płakać z bólu. Pamiętasz? Ja pamiętam. Kocham.
W zasadzie miałam pisać o pączkach, ale pączki muszą poczekać.

wtorek, 19 stycznia 2010

Kanapeczki na zachcianki.

Od dwóch dni nie robię nic innego tylko snuję się po mieszkaniu i jem. Jem choć nie jestem głodna, jem choć nie mam pomysłu czego mi potrzeba. Źle się z tym czuję, nie lubię zajadać smutków. Smutków, bo byłam we Wrocławiu u W., a przecież trzy dni w niebie to stanowczo za dużo. Za dużo, bo pozwala przyzwyczaić się do nieba, pomyśleć, że tak powinno być zawsze. A przecież trzy dni w niebie to za mało. Za mało, bo co ja mam z sobą teraz zrobić? Tak, właśnie źle mi tu i zajadam to "źle".
Ostatnio zajadam kanapeczkami z ogórkiem. Przepis widziałam kiedyś w programie bodajże "Tessa w domu", ale ręki uciąć sobie nie dam. Kanapeczki te czasem wywołują oburzenie, bo podobno są zupełnie nie w moim stylu... szczególnie, że bardzo rzadko jadam musztardę.

Kanapeczki z ogórkiem

Zaznaczam, że kilka to bardzo dobra jednostka miary i powinna znajdować się w układnie Si, bo nie ma problemów z przeliczaniem. No.

* kilka plasterków ogórka (świeżego ogórka, zielonego, niekiszonego, niekonserwowego, w ogóle nieprzetworzonego:)
* kilka kromek chleba (najlepiej takiego ciężkiego na zakwasie)
* kilka kropelek oliwy z oliwek (albo innej smacznej oliwy)
* kilka łyżeczek musztardy (ulubionej musztardy, dostępnej musztardy, obojętnie jakiej musztardy:)

No i sprawa jest prosta z wymienionych składników montujemy kanapki (oczywista oliwa to w sumie jest zastępstem dla masełka) i zjadamy kanapki i powinno być nam lepiej.


To może będzie.
Dobranoc.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Postanowienia prawie noworoczne.

W końcu był czas na przemyślenia i postanowienia. Powstały dwie listy: postanowienia ogólne i postanowienia kulinarne. Listę nr. dwa rozpiszę tu i zobaczymy co z tego będzie.

Kulinarne postanowienia Weroniko na 2010r.
* nie bać się i spróbować upiec chleb
* spróbować zrobić suflet
* chociaż czasem trzymać się dokładnie przepisu, bo nadmierna twórczość nie zawsze popłaca
* nauczę W., że warzywa nie mordują
* w końcu spróbuję jedzenia u Chińczyka na moim rogu :)

5 punktów starczy. Tyle może uda mi się wypełnić.

sobota, 2 stycznia 2010

Stary rok w nowym roku.

Hym, nowy rok się zaczął, a ja znów nie zamieszczę tu żadnego interesującego przepisu. Wręcz odwrotnie pokażę jedzenie, które w większości woła o pomstę do nieba. Fakt pojawiły się na naszej domówce sałatki i pyszne domowe ciasta, wszystko wyjedzone do cna, ale kto w wieku lat 18 odmówi sobie czipsów z ostrym sosem, frytek z mrożonki, wódki z chilli, czy maga słodkich soków o smaku syropowo - cukrowym. Oczywiście nikt.


Jedyna niewymagająca potępienia rzecz, tzw. zupa. Czyli pyszny grzaniec z wina, który wyprodukowałam dla siebie i Pasi, bo my chore i nie możemy zimnego pić.






Czyli jedyne cieple danie w trzech fazach.

Idę upchcić rosołek, bo strasznie u mnie zimno.

czwartek, 31 grudnia 2009

Podczas malowania paznokci.

Dzisiaj miał być ten pierwszy od dawna dzień, w którym się wyśpię... Miał być. Oczywiście przed 9 mój drogi Tato wpadł do mojego pokoju, aż szyba w drzwiach zagrała i włączył radio, bo przecież miałam iść do przychodni. Nie miałam!! Tak bycie chorym to bardzo trudna sprawa, bo niby trzeba się wysypiać a tu żeby lekarz przyjął należy najpóźniej o 7 stać w kolejce. W sumie to dobra motywacja do dbania o siebie i odganiania bakterii za pomocą czosnku.
Wczoraj wybrałam się z rodziną na zakupy do zacnego marketu na B, bo a to jajka sie skończyły, a to przypraw brakuje, a i oczywiście składników na sałatkę nie ma. Ojej! Ile ludzi, a panie ekspedientki tylko pudełka po najtańszym szampanie sprzątają. Przed świętami chyba nie było takiego tłoku. Tak, czy inaczej udało się i poszłam odwiedzić W. Bardzo ucieszył mnie jego sposób łuskania orzechów, teraz żałuję, że nie miałam aparatu. Mianowicie, siedzieliśmy sobie na jego miękkiej kuchennej podłodze, on rozbijał skorupki młotkiem, a ja wybierałam pyszny orzechowy miąższ. Pocieszne to bardzo było. Szkoda tylko, że nie przyjął mojej propozycji żeby wyciągnąć flaszeczkę i zaprosić sąsiadów. Już miałam wizje na zasadzie wspólnego darcia pierza, albo deptania kapusty.
Teraz, na koniec chcę się do was uśmiechnąć noworoczne i życzyć dobra i ciepła na nadchodzące 365 dni.