czwartek, 25 lutego 2010

risotTo.

Wczoraj wróciłam do Łasku. Nie uśmiecha mi się to wcale, ale jak trzeba to trzeba. Na dodatek muszę się pochwalić, że udało mi się wczoraj dotrzeć prawie samodzielnie na dworzec we Wroc. i nie zgubić się łażąc bez celu przez godzinę.
Ale nie o tym. We wtorek postanowiłam ugotować coś, czego jeszcze nigdy nie robiłam, a miało być przyjemne w przyrządzaniu, chodzi o risotto. No i klops, z riosotto został tylko TO. Jak to stwierdził W. po ryżu nie było czuć innego sposobu przygotowania, smakował jak gotowany. No i nie wiem co i jak poszło źle. Ryż się n ie rozgotował, przysmażył się aż za bardzo, potem dochodził z bulionem. Nie wiem... nie wiem. Czy ktoś wie?

poniedziałek, 22 lutego 2010

Naleśniki z porem.

Udało mi się zaklepać kuchnię i nawet upichcić to, co zaplanowałam :)


Naleśniki z porem (sztuk 6)

Mieć należy:
* 1,5 szklanki wody
* 2 jajka
* ok. 5 garści mąki
* po szczypcie pieprzu i soli

* 2 łyżki margaryny do smażenia
* pora
* pięć plasterków szynki, czy czegoś takiego
* pół szklanki kwaśnej śmietany
* 50g żółtego sera
* trochę soku z cytryny
* sól i pieprz

Ze składników grupy pierwszej mieszamy i smażymy naleśniki.
Pora kroimy w dość drobne półplasterki.
Szyneczkę też kroimy.
Pora i szynkę solimy, smażymy chwilę, a potem dusimy na margarynie.
Kiedy por jest już rozmiękczony wlewamy śmietanę, pieprzymy, a po zdjęciu z ognia dodajemy ser.
Naleśniki smarujemy farszem, składamy, zawijamy, albo coś i jeszcze chwilę razem zapiekamy.

Niestety jak się okazało najtrudniejsze z całego dania było usmażenie naleśników. Ojoj, na tym fantastycznym urządzeniu, które tutaj nazywane jest kuchenką jednego naleśnika smażyłam 10 minut i wcale nie można powiedzieć, że robiły się rumiane. W związku z tym zdjęć nie będzie, bo mogłyby tylko zniechęcać, a danie jest niczego sobie.
Przepis nie jest moim osobistym pomysłem, ale niestety nie umiem dobrze powedzieć skąd się wziął. Przepraszam.

Jak widać W. przestaje bać się zielonego.
Oczywiście Amarantko pozdrowię Wroc.

Nadajemy z Wrocławia.

Tak jest, od wczoraj Weronika urzęduje we Wrocławiu. Jak na razie byłam na jednej wycieczce i prawie się nie zgubiłam. Tfu... jakiej wycieczce?! Ja zostałam perfidnie wykorzystana jako wielbłąd, który oprócz tego, że przyniesie to jeszcze wie co przynieść i co z tego ugotować. Aaaaaa! przepis będzie później, bo własnie kuchnia się zwolniła i muszę iść ją zaklepać dla siebie.

sobota, 20 lutego 2010

Biwak ala koło gospodyń.

Z okazji, że mamy ferie postanowiliśmy zrobić jakiś mały biwaczek. Szkoda, że ludzie nie dopisali. Właśnie w związku z niedoborem ludności i śniegu biwak z biegania po dworze przeistoczył się w koło gospodyń i jaskinię gier wszelkiego rodzaju :D







Gra w eurobiznes połączone z zagniataniem drożdżowego ciasta. Ciasta na pizze, oczywista. Na szczęście tym razem nie było kompromitacji i pizza wyszła pyszna. Ciasto tez było pyszne. Ogólnie udało się. Później pojawiło się zmienione domino i janga.


Drugim wypiekiem były pyszne ciasteczka z kleiku ryżowego. Uwielbiam te ciasteczka, to takie ciasteczka z dzieciństwa i choć nie ma tu zdjęcia przepis zamieszczę, bo warto :)

Ciasteczka z kleiku ryżowego.

* paczka kleiku ryżowego
* kostka margaryny do pieczenia
* 3 jajka
* szklanka cukru
* 5-6 łyżeczek wiórków kokosowych
* cukier wanilinowy
* łyżeczka proszku do pieczenia
* lekko kwaśny dżem lub konfitura

Z podanych składników ( poza dżemem) zagniatamy ciasto.
Formujemy ciasteczka z zagłębieniem, u mnie wyglądają one jak kluski śląskie.
Pieczemy aż zbrązowieją ( jak zwykle nie patrzyłam na zegarek).
Dziurki w ciastkach zapełniamy dżemem.

Nie, nie będę wypominała chłopakom chęci wsypania do ciastek łyżki (nie łyżeczki) proszku.


Za to dzisiaj zajęcia opierały się na szyciu. Oj tak, nigdy nie wątpiłam w nasze talenty... Pluszaki wyszły fantastycznie. Mnie szczególnie urzekł hipopotam z dwoma nogami i lamparcimi cętkami. Teraz czas na standardowy biwak z "pocioraką".

czwartek, 18 lutego 2010

Kurczak na wakacjach. Kurczak w ananasach.



Kurczaka poznałam dzięki W., z którym go kiedyś gotowałam. Żeby było śmieszniej W. nie bardzo lubi takie wynalazki i nie bardzo lubi ananasa. Nie ważne, ja lubię.
Kurczak jest szybki i łatwy w przygotowaniu. Nie prezentuje się zbyt ładnie, chociaż kolorek ma całkiem przyjemny.

Kurczaczek w ananasach.

Dla czterech osób potrzebujemy:
* podwójna pierś kurczaka
* ciut mąki
* olej
* 2 szklanki ryżu
* puszka ananasów
* 2/3 szklanki zalewy z wyżej wymienionych
* 1/3 szklanki zimnej wody
* 2 łyżki mąki ziemniaczanej
* 5 łyżek sosu sojowego (raczej ciemnego)
* pieprz
* imbir
* curry

Pierś po umyciu i oczyszczeniu kroimy na małe podłużne kawałeczki.
Kawałeczki te obtaczamy w mące.
Mięsko podsmażamy na oleju aż się ładnie zarumieni.
Dodajemy pokrojone ananaski i smażymy jeszcze chwilkę.
Mąkę ziemniaczaną mieszamy z maka i wodą.
Wlewamy to na patelnię.
Wszystko mieszamy, przyprawiamy i wrzucamy na ryż. Ugotowany ryż oczywista.

To i tyle.

Muszę się jeszcze pochwalić, tak po cichutku i przy okazji, że zaczęłam produkować dla siebie broszkę i mam głęboką nadzieję, że się uda.

środa, 17 lutego 2010

Dwa słowa.

Wczoraj Lidka udzieliła mi nauk na temat używania szablonów, więc być może już niedługo będzie tu ładniej. Niedługo, to jest dokładnie kiedy uda mi się rozpakować rzeczony szablon.
Tym czasem grzeję się przy zielonej herbacie z pigwą, żołądek skręca mi się z głodu, a mamm torturuje mnie zapachem naleśników. Dobrze poczekam.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Zmiks

Miotałam się dzisiaj po domu w poszukiwaniu pomysłu na coś małego, szybkiego do pojedzenia i wymyśliłam, znaczy ściągnęłam pomysł żeby zrobić koktajl.

Truskawki...




...rozmrażały się w objęciach misia, za rurą od kaloryfera.




Mleko się ciut podgrzało w moim zacnym emaliowanym garnuszku...




a potem luuuu na turkawki.






Na koniec należy dokonać masakrę za pomocą blendera, czy innej miksującej maszyny. Wrrrrr, brrrrrr i uzyskujemy taką piękną różowiutką chmurkę.




Poza tym muszę się pochwalić, że mój kochany W. zorganizował romantyczne walentynki :) Kulig był. Taaaaak, kulig!! Jako dodatkowe atrakcje przewidziane było: prowadzenie samochodu przez Patkę, wyciąganie samochodu z rowu, nauka pokonywania poślizgów, poznawanie nowego układu dróg w łasku. No tak, romantycznie było :)

piątek, 12 lutego 2010

Pączuszki się doczekały.


Oto pączek.

Otopoączek wystąpi przed innymi wynurzeniami, bo znów go pominę i się obrazi.

Pączki
(35 pączków dokładnie) zdaniem mojej mamm robi się tak:

Przygotowujemy:
* 1 kg mąki
* 3 żółtka
* 3 jajka
* 5 łyżek cukru
* 10dag drożdży
* 2 szklanki mleka
* 3/4 kostki margaryny
* 2 łyżki spirytusu/wódki/octu
* marmoladę, orzechy, rodzynki, czekoladę lub jeszcze coś innego
* tłuszcz do smażenia (w sumie najlepiej smalec, bo jest odporny na bardzo wysokie temperatury, ale olej też daje radę)
Działamy:
Drożdże i cukier rozpuszczamy w 1/4 szklanki letniego mleka, dodajemy też ok. 1/2 szklanki mąki. Cała mieszaninka powinna mieć słynną gęstość śmietany.
Jajka i żółtka ubijamy z resztą cukru.
Mąkę przesiewamy przez sito do miski. W misce robimy zagłębienie, do którego wlewamy miksturę jajeczną i drożdżową, rozpuszczona margarynę i alkohol. Wszystko to wyrabiamy ręcznie, aż się ładnie wszystk0o wymiesza i połączy.
Ciasto teraz idzie sobie posiedzieć na grzejniku w łazience. Odsiadka przewidziana jest do czasu, kiedy ilość ciasta się podwoi.
Wtedy ciasto rozpłaszczamy na grubość ok. 1cm.
Wycinamy krążki szklanką, albo czymś innym wycinającym.
Krążki lekko rozciągamy, nakładamy na nie dodatki i sklejamy formując kulkę. Jak zwykle ważne jest dobre sklejenie, bo inaczej buuuum!
Podgrzewamy tłuszcz do smażenia. Ja wrzucam do niego małą kulkę ciasta i kiedy już zrobi się brązowa to znaczy, że olej się nadaje. Pączki smażę partiami po ok 4 minuty z każdej strony. Zwykle wbijam w nie długą wykałaczkę i jeśli wychodzi czysta to znaczy, że pączek już chce wyjść.
Co kilka partii wrzucamy do tłuszczy kawałek ziemniaka, nie wiem w jaki sposób, ale to oczyszcza tłuszcz.

O to chyba nadszedł czas na resztę wynurzeń, a ja chyba właśnie straciłam pomysły. Nieważne. Idę śpiewać z Apolinarym i sprzątać w pokoju, bo dziś rano z niepokojem stwierdziłam, że po zdjęciu z łóżka pościeli nadal jest straszny bałagan. Hym... do boju.

czwartek, 11 lutego 2010

Przypomniało mi się.

Oj, ile teraz mam w głowie myśli do napisania, a jak mało siły żeby pisać. Dziwaczny był ten dzień. Jak zwykle zaczynam stresować się na zapas, myśleć, że wiem jak to będzie.
Słucham sobie Apolinarego Polka, kilka piosenek na krzyż z youtube, bo obiecałam sobie, że nie ściągnę tej płyty. Jak na razie widziałam tylko jeden koncert rzeczonego i zaczarował mnie. Nie wiem jak. Cały koncert śmiałam się przez łzy i płakałam przez śmiech. Dowiedziałam się też, że żeby grać na harmonijce ustnej trzeba spotkać diabła na rozdrożu i sprzedać mu nerkę. W. powiedział, że nie mogę sprzedawać nerki... ;/ To ja sobie posłucham na spokojny sen.
Przez Amarantkę zaczęłam się zastanawiać nad Naszym jedzeniem i wiesz, wszystko, co przychodzi mi do głowy jest takie śmieszne. Kawa i kisiel jabłkowy z papierka? Chociaż... była taki jeden posiłek, który zapamiętam na zawsze. Kanapka z serkiem topionym i gorąca herbata w Okupie, które próbowałam przełknąć i nie płakać z bólu. Pamiętasz? Ja pamiętam. Kocham.
W zasadzie miałam pisać o pączkach, ale pączki muszą poczekać.

wtorek, 9 lutego 2010

Pizza. Pizza dzisiaj się jakoś rozpanoszyla.

Ha, ha, ha, haaaaaa! Mam komputer, który działa. Niestety nadal nic nie mogę drukowac, bo wtyczka mojej drukarki okazała się byc zbyt archaiczna, a i nie umiem napisac "ci" (tego jak cma, nie jak cień). Nie żebym narzekała, bo nie narzekam. Cieszę się ogromnie kontaktem ze światem.
W końcu ogarnęłam moje feryjne plany i stwierdziłam, że wyglądają naprawdę przyzwoicie. Wyszedł mi śliczny melanż starych, już prawie porzuconych sposobów spędzania czasu i kilka nowych aspektów. :) Myślę, że prawie na bieżąco będę się dzieliła wydarzeniami.
A teraz do rzeczy. Uwielbiam wszystkie dni czegoś tam np. jak podaje nonsensopedia: 3 lutego - Międzynarodowy Dzień Kopania Rowów
31 marca - Światowy Dzień Budyniu
16 kwietnia – Dzień Sapera i Włókniarza itp. itd.
Takie właśnie piękne święta, ktoś wymyśla, ktoś obchodzi i jest fantastycznie i nikt nie czuje się pominięty. W związku z tym, w celu uczczenia międzynarodowego dnia pizzy przedstawiam mój obiadek (niedzielny i poniedziałkowy też).

Pizza domowa pół na pół

ciasto:
* 3 szklanki mąki pszennej
* szklanka wody
* 50dag drożdży
* szczypta cukru
* jajko
* 5 łyżek oleju słonecznikowego
* szczypta gałki muszkatołowej

Po kolei. Mąkę przesiewamy przez sito do dużej miski. (Ja robiłam wszystko na stolnicy i gdyby nie szybka pomoc ze strony mamy połowa ciasta znalazłaby się na mnie. Tak stanowczo miska jest bezpieczniejsza.) W połowie szklanki letniej! (nie wrzącej) wody rozpuszczamy drożdże i cukier (grudki są niedopuszczalne!). Teraz do mąki wbijamy jajko, wlewamy drożdżową miksturę i ścieramy ciut gałki muszkatołowej. Wszystko mieszamy za pomocą własnej rączki, jeżeli ciasto nie chce się skleja dodajemy wodę. Kiedy ciasto w miarę sklei się w całośc możemy przełoży je na stolnicę i doda olej. Ogólnie rzecz biorą ciasto drożdżowe jest pieszczochem i lubi długie wyrabianie, więc nie żałujemy mu. W rezultacie ciasto ma byc jednolite, błyszczące i nie klejące. Takie ciacho formujemy w kulkę, wrzucamy do michy, oprószamy mąka, przykrywamy ściereczka i odstawiamy w ciepłe miejsce żeby sobie rosło.

Dodatki

Dodatki do polowy eksperymentalnej:
* pół małego słoiczka przecieru pomidorowego (najlepiej dośc rzadkiego, ja użyłam domowej wersji)
* pół czerwonej cebuli
* cwierc średniej, wędzonej makreli, czy innej rybki
* 4 pieczarki
* półtora obranego pomidorka
* trochę startego sera


Dodatki do połowy hawajskiej (?):
* pół słoiczka tego samego przecieru
* pół tej samej cebulki
* 4 pieczarki
* 10 cieniutkich plasterków salami
* 4 plastry ananasa
* trochę startego sera

Wszystko kroimy i możemy wrócic do ciasta.

Ciasto kiedy się wyleży pod kaloryferem. Kładziemy na stolnicy i wałkujemy. Wywałkowane kładziemy na nasmarowanej blaszce i pieczemy ok 10 - 20 minut w 150, żeby później nie okazało się surowe. Po podpieczeniu rozkładamy dodatki poza serem i pieczemy tak długo, aż się wszystko ładnie zrumieni. Na koniec posypujemy serem i jest.


wersja przed wsadzeniem do pieca :)

Teraz jeszcze słów kilka na koniec. Pizza ta to nic odkrywczego. Ciasto jest dośc twarde i czasem sprawia problemy podczas produkcji. W zasadzie to pierwszego dnia nie smakowała mi wcale, za to po nicy w lodówce... cudowna. Tak, po nicy w lodówce ciasto stało się miększe, a dodatki bardziej wyraziste. W poniedziałek stanowczo mi smakowała.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Na odpoczynek, sałatka.

Jak już pisałam przez ostatni tydzień jadłam, kompulsywne nad wyraz. Później była studniówka, bardzo miła ogólnie :) (a katering ten sam, co w łaskim LO). Dzisiaj, żeby odpocząć od słodkości, mięsiwa i innych tego typu dobrodziejstw zapodałam sobie sałatkę. Chodziła mi ona od dawna po głowie i w końcu się udało. Jedynym problemem okazały się plastikowe pomidory, ale trudno.

Sałatka na odpoczynek.* *(ja nie wymyślam takich ładnych nazw jak Lidka :)
"Chleb Na Łące, Danie Niegorące!" ****

Składniki dla jednej małej Weroniki: **
* ćwierć pomidora, lepiej nieplastikowego
* ćwierć papryki
* ćwierć małej cebulki
* dwa listki sałaty lodowej, albo innej
* mała garstka kiełków rzodkiewki
* 5 plasterków boczku niewędzonego, bo nie bekonu :P
* pół łyżeczki musztardy
* szczyptę soli
* szczyptę cukru
* szczyptę słodkiej papryki w proszku
* szczyptę pieprzu
* szczyptę ziół prowansalskich, chociaż najlepsza byłaby świeża bazylia, ale w tym roku uprawa się nie powiodła :(
* łyżeczka soku z cytryny
***

Po kolei. Myjemy sałatę i osuszamy ją w suszarce, ściereczce, ręczniku papierowym ,czy w czym, kto lubi. Wszystkie warzywa kroimy, sałatę rwiemy i wrzucamy to do michy. Czas na dressing, tak, tak nie ma jak modne słowo. Czyli dokładnie mieszamy sok cytrynowy,musztardę i przyprawy. Teraz czas na boczuś. Boczuś kroimy na takie małe plasterki, bo kostka raczej średnio się tu sprawdzi. Pokrojonego delikwenta wrzucamy na rozgrzaną, suchą patelnię i smażymy aż zrobi się śliczny, brązowiutki i chrupiący. Kiedy boczek jest gotowy wylewamy na warzywa dressing, tłuszczyk z patelni i wrzucamy chrupiące mięsko. Teraz wystarczy wszystko przemieszać i wszamać ze świeżutkim chlebkiem jako pełnowartościowy (to słowo też takie ładne) posiłek.

No to chrup.

Chciałam przy tej okazji dodać, że w końcu mogę publikować zdjęcia :)



* ja nie wymyślam takich ładnych nazw jak Lidka :)
** o tu się udało :P
*** dużo tych składników wyszło
**** czyli już ładna nazwa

środa, 27 stycznia 2010

Kopytka i tydzień zły.

Nie wiem czy to brak słońca, brak W., brak pracy fizycznej, czy jeszcze jakieś inne draństwo, ale ten tydzień do udanych się raczej nie zaliczy. Łażę po domu zła, zmarznięta, niechętna i śpiąca. Zjadam wszystko, co mi się pod rękę nawinie, a szczególnie tzw. kopytka (ale o tym zaraz). Nawet dzisiaj, kiedy Boski Bartosz z daleka przyjechał nie wykrzesałam z siebie zbyt dużo radości. Dobrze, że on "swoje wie". Tak czy inaczej proszę o wybaczanie mi w tym tygodniu. Mam nadzieję, że jak W. przyjedzie to przytuli i zrobi się ok. Szkoda, że w tym tygodniu przyjedzie później.
Tak poza tym to nie pisałam, ale w tym tygodniu studniówka mi się szykuje i ja tez się na nią szykuję. Nawet moją za dużą o cztery rozmiary, szałową sukienkę da się zmniejszyć. Polonezy, balony, filmy, sukienki, fryzury kurcze fajnie będzie sobie kiedyś przypomnieć. A, kupiłam dzisiaj podwiązkę. Handel był dobry, tradycyjny zapłata w naturze, czyli podwiązka za kurę (w kostce).
Miało być o kopytkach. Proszę.

Drożdżowe kopytka.


* 25dag mąki (ćwierć torebki)
* pół kostki margaryny do pieczenia
* 5dag drożdży
* ćwiartka opakowania proszku do pieczenia
* jajko
* troszeczkę mleka (1/8 szklanki)
* łyżka kwaśnej śmietany
* 5dag cukru (5 łyżek)
* ok 25dag marmolady

Mleko podgrzejemy, po zdjęciu z ognia wymieszamy z drożdżami, 5 łyżkami cukru i 2 łyżkami mąki. Mieszaninę odstawimy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Potem drożdże, margarynę i mąkę pomieszamy, powyrabiamy chwilę (ręką znaczy się) i odstawimy w ciepłe miejsce by podwoiło objętość. Później ciasto podzielimy na kilka części i rozwałkujemy tak by uzyskać paski o szerokości mniej więcej 10cm. Na paski nałożymy marmoladę i zawiniemy je (wzdłuż dłuższej krawędzi). Takie roladki pokroimy jak kopytka. Kopytka na posmarowanej blaszce będziemy piekli przez 40 minutek w 180 stopniach pana Celcjusza.

Od cała filozofia, a ja wpieprzam je od tygodnia, ciągle. Dobrze, że jutro się skończą.

Tak w nawiasie. Lidko, zadziwiasz mnie.
Idę nadrobić komentowanie.

niedziela, 24 stycznia 2010

Na rozgrzewkę kakło.

Byłam poza domem ponad godzinę. Ałłłłłł! Te szpileczki wbijające się w udo i bolące od mrozu kolano, to jest to. Przybiegłam więc do domu z potrzebą natychmiastowego rozgrzania. Miałam kilka sposobów do wyboru, ale wygrała gorąca czekolada, prrr kakao, bo czekolady nie ma w domu.

Rozgrzewające kakło

* mała szczypta ostrej papryki
* ziarenko pieprzu
* kilka wiórek imbiru
* szczypta cynamonu
* dwa goździki
* dwie czubate łyżeczki kakao
* dwie łyżeczki cukru
* kubełek mleka

Wszystko zagotowałam razem, ale może jest lepszy sposób. Dzisiaj nie był dzień na poszukiwanie sposobów, dzisiaj był dzień na szybka reakcję. Nie ma co, kakło pomogło bez zarzutów.


Nie mogę komentować, choćbym chciała. Przepraszam, więc.
A i chciałam powiedzieć, że w sprawie dziadków Lidka miała rację.
Lidko ja tu, tak oficjalnie, wiesz przy ludziach i z wielką galą gratuluję pierwszego murzynka :) Zrobię Ci order. Chcesz?

sobota, 23 stycznia 2010

Czas na dziadków.

Tak wiem, że miałam to napisać wczoraj, ale jakoś tak nie udało się.

Dziadek Kazik
Zawsze śmieję się, że dziadek Kazik był góralem z nizin. W swoim gospodarstwie miał stadko owiec i cudownego owczarka podhalańskiego. Owczarek, a w sumie Miśka była wzorem łagodności i inteligencji, pamiętam, że jeśli włożyłam jej palec do paszczy to nie było szans żeby ją zamknęła. Poza tym dziadek miał fantastyczny sad pełen starych, powyginanych jabłoni - papierówek. Dziadek jest chyba najspokojniejszym człowiekiem jakiego znam, nigdy nie widziałam żeby krzyczał, bo był zły. A i dziadek to najwyższy staruszek jakiego znam, nadal przerasta mojego tatę i mojego brata i w ogóle wszystkich :)

Dzidek Stasiek
Ojjj dziadek Stasiek to zupełnie inny rodzaj człowieka. On od zawsze lubuje się w cwaniactwie i szpanerstwie, chyba inaczej nie umiem tego nazwać. Dziadek jest fanem imprezek z wódeczką, po których zawsze psuje mu się fryzura. On nie umie mówić, powiedziałabym, że zawsze krzyczy, więc przebywanie z nim dłużej bywa bardzo męczące dla uszu. Dziadek uwielbia być w centrum zainteresowania i znać się na wszystkim, we wszystkim mieć udział. Muszę sie przyznać jeszcze do jednego. Dziadek nie ma pół kciuka... od małego intryguje mnie jak to jest. Dzisiaj wraca z sanatorium, ciekawe jak sie tam balowało.

czwartek, 21 stycznia 2010

O babciach słów kilka.

Na początek powiem coś obrazoburczego, ale trudno. Nie lubię kuchni moich babć. Nie lubię, bo jest ciężka, tłusta przesolona i pozbawiona warzyw. To pozbawienie warzyw jest dla mnie co najmniej zastanawiające, bo obie bacie mieszkają lub mieszkały na wsi i miały duże ogrody. Co się z tymi warzywami dzieje... nie mam pojęcia.
Jednak teraz moje babcie trzeba koniecznie rozdzielić, bo są do siebie dość niepodobne.

Babcia Zosia
Babcia Zosia po przeprowadzeniu się z zabitej dechami, zasłoniętej słomą wsi, gdzie główna droga jest wyłożona kocimi łbami, a młodzi ludzie pojawiają się 1 listopada przeszła wielką metamorfozę. Z osoby nietolerancyjnej i często trochę drażniącej, przeszła w kogoś, kto spokojnie sobie żyje, opowiada różne historie ze wsi i pozwala na samodzielne działanie. Oczywiście nadal zdarza jej się krzyczeć na dziadka i zakazywać mi chodzić nad wodę, ale teraz rozumiem ją lepiej. Teraz nie przeszkadza mi, że dusi mnie na powitanie i pożegnanie (pytając się uprzednio czy może mnie udusić:). Teraz była zachwycona długimi włosami W.(do dredów tez nic nie ma). Teraz z uśmiecham ogląda programy Cejrowskiego, przepraszam "tego, który na boso łazi". Teraz chce wiedzieć jak jest na moich wyjazdach. Teraz zrezygnowała z pieczenia i karmi nas kupnymi, całkiem dobrymi ciasteczkami.

Babcia Zdzisia
Babcia Zdzisia od kiedy pamiętam mieszka w tym samymi miejscu, ma małe, coraz mniejsze gospodarstwo. Do tej babci jeździłam na wakacje. Ta babcia jest bardziej sztampową, polską emerytką niż Zofia. Jest smutniejsza, lubi narzekać na zdrowie i choćby się waliło, albo paliło dojedzie do kościoła. To ona lamentowała nad moimi dodatkowymi kolczykami i ściętymi włosami. To ona poiła mnie ciepłym mlekiem prosto od krowy. To ona jest fanka sanatoriów. To ona piecze sernik DLA SWOJEJ WNUSI :). To ona mówi do mojego brata "Szymcia", co doprowadza go do wielkiej irytacji.

To są moje babcie. Ciekawe... podobno po babciach i dziadkach dziedziczy się najwięcej.
Jutro będzie o moim dziadku "prawie góralu" i dziadku "wioskowym cwaniaku".

Aha i dzisiaj dowiedziałam się, że jestem "wywijajcą".

wtorek, 19 stycznia 2010

Kanapeczki na zachcianki.

Od dwóch dni nie robię nic innego tylko snuję się po mieszkaniu i jem. Jem choć nie jestem głodna, jem choć nie mam pomysłu czego mi potrzeba. Źle się z tym czuję, nie lubię zajadać smutków. Smutków, bo byłam we Wrocławiu u W., a przecież trzy dni w niebie to stanowczo za dużo. Za dużo, bo pozwala przyzwyczaić się do nieba, pomyśleć, że tak powinno być zawsze. A przecież trzy dni w niebie to za mało. Za mało, bo co ja mam z sobą teraz zrobić? Tak, właśnie źle mi tu i zajadam to "źle".
Ostatnio zajadam kanapeczkami z ogórkiem. Przepis widziałam kiedyś w programie bodajże "Tessa w domu", ale ręki uciąć sobie nie dam. Kanapeczki te czasem wywołują oburzenie, bo podobno są zupełnie nie w moim stylu... szczególnie, że bardzo rzadko jadam musztardę.

Kanapeczki z ogórkiem

Zaznaczam, że kilka to bardzo dobra jednostka miary i powinna znajdować się w układnie Si, bo nie ma problemów z przeliczaniem. No.

* kilka plasterków ogórka (świeżego ogórka, zielonego, niekiszonego, niekonserwowego, w ogóle nieprzetworzonego:)
* kilka kromek chleba (najlepiej takiego ciężkiego na zakwasie)
* kilka kropelek oliwy z oliwek (albo innej smacznej oliwy)
* kilka łyżeczek musztardy (ulubionej musztardy, dostępnej musztardy, obojętnie jakiej musztardy:)

No i sprawa jest prosta z wymienionych składników montujemy kanapki (oczywista oliwa to w sumie jest zastępstem dla masełka) i zjadamy kanapki i powinno być nam lepiej.


To może będzie.
Dobranoc.

środa, 13 stycznia 2010

Spaghetti w moim domu.

Siedzę w domku, ja, zakazana czekolada i W. po drugiej stornie kabelka. On na mnie krzyczy, że czytam głupie rzeczy i na dodatek mu je wysyłam a ja się z niego śmieję.
Dzisiaj było spaghetti takie jak u nas się robi. W. nie jest z tego powodu zachwycony, a ja je uwielbiam. Jest chyba nieco bardziej pracochłonne niż boloniese, ale może warto?

Spaghetti po mojemu na 3-4 osoby :
)
* 5 marchewek
* mały seler
* cebula
* 2 ząbki czosnku
* 2 pomidory
* 4 łodygi selera naciowego (niekoniecznie)
* łyżka przecieru pomidorowego
* ja dodaję jeszcze pół słoika przecieru produkcji domowej, jest on dużo rzadszy od kupnego
* 20dag mięsa mielonego
* paczka makaronu spaghetti
* bazylia
* pieprz
* sól
* imbir
* słodka papryka w proszku
* listek laurowy

Warzywa poza selerem naciowym i pomidorami ścieram na tarce. W tym czasie na patelni skwierczy mięso z listkiem laurowym i szczyptą soli. Kiedy miso będzie lekko złotawe dodajemy cebulę, ja lubię pokrojoną w pół krążki. Następne lecą starte warzywa. Kiedy wszystko lekko sie pod pruży dodajemy obrane ze skórki pomidory, seler naciowy i przeciery. Gdy wszystko jest już prawie na mecie wrzucam przyprawy i drobno posiekany czosnek. Sos łączę z makaronem i mrrr...

Lidko i co? Smakuje? Pewnie nie.

Wrocław się kroi, będzie cudownie, mam nadzieję. Kroi się też normalny komputer. Zoabczymy jak to będzie

wtorek, 12 stycznia 2010

Herbata masala

Wiecie co? Jasne, że nie wiecie. Przeczytałam ostatnio tu, o tu
przepis na herbata masala. Przeczytałam, uwarzyłam i zachwyciłam się. Smak, który wypłynął z mojego kubeczka był niesamowity, kojący, ale też rozgrzewający, z lekka pikantną nutką. Poza tym całość wpisuje się w moją powtórną fascynacje bawarką. Spiszę tu sobie przepis, a co stać mnie :)

Herbata masala
* 1 szklanka mleka
* 1 szklanka wody
* 3 łyżeczki czarnej indyjskiej herbaty
* 6 zmiażdżonych ziaren kardamonu
* 3 goździki
* mały kawałek imbiru
* kawałek cynamonu
* cukier do smaku
* szczypta przyprawy do pierników albo garam masala (niekoniecznie, ale ja czasami lubię)
( ja ominęłam przyprawę do piernika z jej braku ale nie mogłam podarować sobie 2 rozgniecionych ziarenek pieprzu)

Do zagotowanej wody wrzucamy wszystkie sypie składniki. Gotujemy przez chwilkę. Wlewamy mleko. Wszystko bulba jeszcze ok. 5 minut. Już po odcedzeniu pijemy.
Jak już mówiłam cudownie.


Kilka słów na temat "Co u Weroniko świszczy?". A no, z uporem maniaka łapę śnieg mocząc sobie przy tym rękawiczki i staję na zaspach z nadzieją, że się nie zapadną. Staram się nie narzekać. Zakopuję się z książką w kocu. Pracuje pilnie nad zadaniami z matematyki. Ograniczam sobie czekoladę w pożywieniu. Tyle zabiegów żeby nie myśleć , że tęsknię. Nie działa, nie polecam.

Wiesz Lidko, mimo, że jesteś niedobra i popsułaś mój plan, to jutro chyba będzie spaghetti. Raczej wątpię, żeby Ci zasmakowała, ale... może się uda.

czwartek, 7 stycznia 2010

Śniadanie zbieszczadzkie w wersji na bogato.

Dzisiaj wpadłam do kuchni z pomysłem i z ochotą. Nastąpiło odblokowanie. Ale, ale najpierw będzie cała historia.
W tamtym roku, w lipcu udało nam się wyjechać w Bieszczady. Ja trochę się zawiodłam, ale to też moja wina. Nie ważne i nie o tym, bo znów mi się jakieś głupoty przypomną. Właśnie tam spotkaliśmy Radosnego Duszka (bo raczej nie Anioła Stróża, jak w Tatrach). Duszek ten zaskoczył mnie bardzo, poprawił mi nastrój, znał ciekawe opowieści i miał świetny pomysł jak się u żywić nie dostając przy tym zwyrodnienia kręgosłupa. Takie to proste, a nikt nie pomyślał. Płatki owsiane!

W oryginale wyglądało to tak:
Wsypałyśmy ilość owsa wystarczająca dla trzech osób do wrzątku, kiedy płatki się otworzyły odcedziłyśmy to przez widelec, dołożyłyśmy miód lub cukier i już. Zalet śniadanie takie ma sporo, długo trzyma, ciężkie nie jest, w sumie fast food i na ciepło, po prostu palce lizać. Ale jak już pisałam "Za dużo dobrego..." i w domu pomyślałam, że zmienimy płatki.
Teraz przygotowanie wygląda tak:
Do miseczki wrzucam dwie łyżki płatków owsianych, po łyżce pestek dyni i słonecznika, dowolne bakalie i solone fistaszki. Wszystko zalewam wrzątkiem, tak żeby lekko przykrywał płatki i idę do łazienki. Kiedy wracam dokładam dwie łyżeczki miodu, mieszam i jem. Tu zalety tez są niebanalne, długo trzyma, w sumie fast food, na ciepło i do łazienki jest czas skoczyć, ach i jakież to zdrowe - prawie nietuczące :)

Bawarce znów się nie powiodło.
Zdjęcia będą, jak komputer się ogarnie.

środa, 6 stycznia 2010

Wyspałam się.

Dobry dzień mi się dzisiaj przydarzył. Przypuszczam, że głównym powodem całej radości jest rzecz niesamowicie prozaiczna... w końcu się wyspałam. Wyspałam się, w zacnej szkole przebywałam jedynie trzy godziny, nie odmroziłam stóp, a na dodatek taki ładny śnieg sobie padał. Taki piękny, że aż wpadłam do pół łydki.
Ze smutkiem stwierdzam, że nie mam pomysłów. Wchodzę do kuchni i... nie mam ochoty. Cytując moją drogą babcię "Za dużo dobrego to się w dupach poprzewracało. Aaaaa chleba ze smalcem". No i tu się z babcią zgodzić nie mogę, bo dobry chleb ze smalcem nie jest zły, a wręcz jest bardzo dobry. Szczególnie z takim domowym smalcem, który jest cudowny, ale zapach przy jego przyrządzaniu mnie przerasta niestety. Koniec rozmarzania, bo ta notka nie o smalcu miała być, tylko o bawarce, co to idę ją zaraz wypić. A teraz co? Nie wcisnę bawarki do smalcu. Wizja herbaty z łojem mimo, że realne jest dla mnie nie do przejścia.
Dobranoc.
Właśnie, zdjęć w najbliższym czasie nie będzie. Komputer postanowił uniemożliwić mi dostęp do moich plików ze zdjęciami. A teraz, zaraz ja, moja bawarka i "Pod dachami Paryża".