wtorek, 19 listopada 2013
Smutny listopad
niedziela, 1 września 2013
Czas nieubłaganie płynie
Działo się tak dużo, że trudno w to wszystko uwierzyć. Dobrze, że nie zmarnowałam czasu, że wypełniłam w nim każdą wolną chwilę tym co kocham i tym co mogłabym robić bez końca. Choć i bez smutku się nie obyło, bo chyba nie może być szczęśliwie cały czas.
Teraz, wraz z wrześniem przyszły wielkie zmiany i małe radości. Ciekawe co dalej przyniesie czas.
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Mogę
Powinnam jeść zdrowo i mniej. Mogę też podgryzać białe rogaliki z nutellą.
Powinnam robić ładne, słoneczne zdjęcia. Mogę wrzucać tu także te nieudane, rozmazane potworki.
czwartek, 20 czerwca 2013
niedziela, 22 stycznia 2012
Szarośc i studenckie piraszenie
Natomiast wczoraj, wczoraj był leniwcowy, powolny, spokojny dzień. Dzień poświęcony na prace domowe, drobne, kochane złośliwości i inne rzeczy, na które zawsze jest za mało czasu. To miłe.
A właśnie, przejdźmy do pitraszenia. Stwierdziliśmy na koniec, że zrobimy parówki w cieśnie piwnym. Danie tak stereotypowo studenckie (zakładając oczywiście, że jest się studentem, który je), a jednak nie takie jak myśleliśmy. Pewnie dlatego, że parówki jakieś przesolone i piwo z najniższej półki. Nieważne. Parówek w cieście piwnym nie polecamy.
Na koniec jeszcze chciałam przeprosić za nieskładność posta, która wynika z przyciśnięcia stalowym niebem.
Aaaa na zupełny koniec zapytuję, gdzie jest taka zima jak w tamtym roku??? Taka??
wtorek, 17 stycznia 2012
Porannie
Właśnie, we Wrocławiu śnieg! W końcu się zdecydował, bo wczoraj cały dzień niby latał w powietrzu, ale jakoś sam nie wiedział czy chce spaść, czy znowu frunąć do chmur i w zasadzie przemieszczał się tylko pionowo. A dzisiaj, dzisiaj spadł i mam nadzieję, że przykrył brzydotę i brud mojej ulicy i mam nadzieję, że utrzyma się jeszcze parę dni, bo W powiedział, że jak będzie śnieg to mogę sobie skonstruować karmnik ;)
(skoro miała szansę na przykrycie brudu ulicy, to może wpuszczę go do kuchni, hymmm)
Pozdrawiam Was sennie.
sobota, 14 stycznia 2012
Eksperyment, eksperyment
W związku z tym postanowiłam ugotować eksperymentalnie zupę marchewkową.
Zupa marchewkowa dla 2 osób
* 4 marchewki
* spora cebula
* duży ząbek czosnku
* kasza kuskus (tyle ile zwykle używasz dla 2 osób, bo to nie jest takie proste ;)
* po pół łyżeczki soli, cukru, curry, pieprzu i cynamony (może soli trochę więcej, a cynamony i cukru troszkę mniej ;)
* oliwa lub olej
* 2 łyżeczki soku z cytryny
* woda oczywiście
* opcjonalnie jogurt naturalny
Marchew, cebulę i czosnek kroimy na dowolne cząstki i podsmażamy na oleju. Kiedy są już szkliste dodajemy przyprawy, wodę i gotujemy aż będą miękkie, a cała kuchnia będzie pięknie pachnieć. Na koniec dodajemy sok z cytryny. Zupę miksujemy na gładką masę i dodajemy do niej kuskus. Po 5 minutach danie jest gotowe. Można je jeszcze przyozdobić kleksem jogurtu.
Jak pisałam moim zdaniem zupa była naprawdę pyszna i interesująca w smaku. Jednak W wzgardził nią zupełnie. No cóż każdy eksperyment ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne (jak to mówił wąsaty klasyk ).
Dobrych, kolorowych snów.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
czwartek, 15 grudnia 2011
Smaki dzieciństwa
Chleb w jajku, czyli uproszczone tosty francuskie
* parę kromek nie najświeższego chleba
* 2 jajka
* 2 łyżki mleka
* szczypta soli
* sok z cytryny
* cynamon
* miód
* wybrany owoc
* olej do smażenia
Jajka roztrzepujemy, dodajemy sól i mleko. Kromki maczamy w jajecznej miksturze i obsmażamy na oleju. Po zdjęciu z patelni skrapiamy sokiem z cytryny, posypujemy cynamonem, smarujemy miodem i obkładamy owocem. Jemy puki ciepłe, bo ciepłe najlepsze :)
W niedziele w moim domu często jadaliśmy takie śanadno lub kolację. Pamiętam, że była wersja na słodko, czyli taka jak opisałam ( no może poza cynamonem) i wersja na słono, w niej do jajka dodawało się trochę tzw. jarzynki i już. Danie może nie jest wykwintne, ale jakie pyszne i oszczędne. Można do niego użyć starego chleba i skrystalizowanego miodu i i tak cieszyć się pysznym rezultatem :D
powrót nr 3
środa, 27 kwietnia 2011
Migawki
Chronologicznie.
Migawka ze Szczecina.
Szczecin był taki, że... że może nawet mogłabym polubić bywanie nad morzem. Przez jeden dzień to nawet nie zdążyłam się znudzić. Było miło i poznałam kuzyna :D
Migawka przedświąteczna.
Oto piękny koszyczek, wyrób przedszkolny, który dostałam w prezencie. Jego główną cześć stanowi kurczak z waty własnoręcznie wykonany przez dzieci, który dzięki swoim uroczym rozbiegniętym oczkom zyskał miano Sida.
Migawka w sumie świąteczna.
Zdjęcie nie zrobione bezpośrednio w święta, ale w nie jakoś nie było czasu. Oto Pyton, który był główną atrakcją w moim rodzinnym domu. Ogólnie chłopak zaczarował wszystkich i nadal czaruje, bo do 3 maja będzie siedzi w Łasku. W ogóle ostatnio stwierdziliśmy ze zgrozą, że od kiedy go mamy urósł prawie dwa razy.
Migawka dzisiejsza.
Oto Herkules, mój fantastyczny, wrocławski wehikuł. Teraz już nie muszę cisnąć się w gorącym autobusie i biec na przystanek, bo mam jego. Uuuuu!
niedziela, 10 kwietnia 2011
Słonecznie rozleniwienie, bo słońce wróciło
Musze napisać o szoku, któy przeżyłam wczoraj. Mianowicie W postanowił zaangażowac się ekologicznie (co do niego jest niepodobne zupełnie) i tto włażnie z jego inicjatywy byliśmy wczoraj na wrocławskim Eko Jarmarku wymienić butelki z ostatniej imprezy na bilety. Moim zdaniem akcja wymiany odpadów różnego rodzaju na bilety do inetersujących miejsc to super pomysł. O wielkim zainteresowaniu akcją świadczyła kolejka, w której trzeba było wystać ok 2 godzin. Jedynym minusem, który niestety nas dopadł było, to że co godzinę dochodziły nowe bilety, a pod koniec godziny zostawały już tylko "reszki", których nikt nie wybrał. W związku z tym zdobyliśmy wejściówki do Muzeum Architektury :/ zobaczymy jak tam będzie.
Natomiast dzisiaj spokojna, słoneczna niedziela i nawet Pyton jakoś nieruchliwy (znaczy nie sępi jedzenia;). Wieczorem kroi się koncert liryczny bardzo, ale czy faktycznie się skroi to się okaże, bo jakoś mi się strasznie nie chce spotykać z ludźmi dzisiaj.
Ps. Amarantko, teraz, jak i ostatnio mieszkam na Śródmieściu, a dokładnie w okolicach Mostów Warszawskich.
Ps. Ciekawe kiedy w końcu oda mi się napisać cos o jedzeniu... ciekawe.
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
Poranki, ranek i już po
Tak czy inaczej przyszła sobie wiosna i wszystko zrobiło się takie ładne, chyba nawet ja się zrobiłam ładniejsza. Zdęcia mam, ale nie wiem gdzie, wstawię jak znajdę, bo z tego zachwytu nad słońcem robiłam zdjęcia wszystkiego :) No i w końcu może coś o kuchmaceniu napiszę, ostatnio zdarza mi się coś ugotować, a napisać to już zapominam.
poniedziałek, 21 lutego 2011
Bo jest czas łóżka i czas plecaka ;)
Ostatnio żyję na plecaku. Na plecaku, bo walizki nie posiadam i nie uznaję. Podróżowanie z Łasku do Wrocławia, z Wrocławia do Łasku, wyprawa zimowa na Śnieżkę, biwak, nadciągający wyjazd do Tarnobrzega, uh. Nie nadążam z przepakowywaniem. Poza tym zdrowie troszku mi się pogarsza, ale teraz siedząc w domu wykuruję się.
Wyprawa na Śnieżkę to mój pierwszy zimowy wypad w góry i powiedzmy sobie, że jak na pierwszy raz to pogoda nie ułatwiała mi zadania, a i widoków nie było zupełnie. Śnieg na ziemi, śnieg w powietrzu, śnieg z kieszeniach i ogólnie wszędzie śnieg.
Dzisiaj leżymy z chorym tatą w łóżku aż nas boki rozbolą, czyli, aż mama wróci z pracy i nas pogoni. Ja skończyłam grać w Wiedźmina, skończyłam z uczuciem niedosytu i niepewności, paroma zastrzeżeniami i chęcią na jeszcze. Na najbliższy czas planuję coś upiec, ale czy się uda... tego to najstarsi górale nie wiedzą.
Tak wiele jeszcze chciałam napisać i jakoś wyleciało z głowy, w takim razie. Do napisania.
Ps. A dziękuję sesja sobie poszła bez potrzeby powtarzania czegokolwiek. Uf.
sobota, 5 lutego 2011
Znów Pyton, tym razem u W na rękach. Zdjęcie słabe, ale obecnie nie mam aparatu, więc i na lepsze zdjęcia nie ma co liczyć. Obecnie staram się żeby Pyton w końcu zauważył, że to ja daję mu jego ulubione jedzonko i w związku z tym żeby mnie w końcu polubił trochę, ale to chyba nie działa za bardzo.
Poza tym W wyjechał do Łasku, a ja zostałam tu się uczyć... taaaa uczyć... No nic trzeba jeszcze się przygotować do tych dwóch egzaminów i będzie w końcu spokój. Szkoda tylko, że tak strasznie nie mam na to ochoty, no wszystko inne tylko nie czytanie notatek, proszę. Może ktoś ma rów do wykopania, dom do sprzątnięcia, cokolwiek, to ja chętnie zrobię w zamian za odwołanie egzaminów :)
Pozdrawiam was serdecznie i życzę miłego weekendu.
wtorek, 1 lutego 2011
No tak, bo zapomniałam wspomnieć, że nasz świnek ma na imię Pyton. Świnek trzęsie się już coraz mniej, za to zaczął trząść nami. Domaga się jedzenia, imprezuje po nocach i jeszcze nie zrozumiał, że jego główną rolą w tym domu jest bycie głaskanym. Jeżeli tylko ma ograniczoną, dość ciemną przestrzeń to nawet się porusza, rozgląda, obwąchuje i podgryza wszystko. Większe przestrzenie to jeszcze coś przerażającego, a nie okazja do biegania.
Na koniec wspomnę, że powoli zbliżam się do pomyślnego (tfu, tfu nie zapeszaj) zakończenia mojej pierwszej sesji. Jeszcze tylko 3 egzaminy i wolne!!
Ps. W mieszkaniu nadal nie ma stałego internetu. Toż to zgroza!
piątek, 14 stycznia 2011
Maluszek przybył
Jak już mówiłam zmieniliśmy lokum. Pokój, do którego niedawno się wprowadziliśmy był biały, zimny i pusty, jakiś taki zupełnie niczyj. Rozpakowaliśmy nasze graty (strasznie dużo tych gratów), postawiliśmy kwiatka na parapecie, włączyliśmy piec i zrobiło się troszkę bardziej domowo.
Za to w środę pojawił się tu on, mały roztrzęsiony świnek. Teraz w całym pokoju ślicznie pachnie sianem, a my z niecierpliwością oczekujemy, aż nasz maluch zechce się z nami zapoznać. Zdziwiło mnie tylko to, że obudził mnie w nocy swoim kopaniem, chrupaniem, bieganiem... To dziwne, bo normalnie tego typu hałasy na mnie nie działają. No nic, czas wyrobić sobie trochę cierpliwości. Wczoraj zaczął powoli wyściubiać nos ze swojej budy, ale przy każdym hałasie (albo i bez niego) znów do niej wbiegał. W związku z tym zdjęcia są jakie są robione z ręki i na stanowczo za dużym zoomie ;)
Nadal oczekujemy na ocieplenie stosunków między nami.piątek, 7 stycznia 2011
Nowy rok, czas na zmiany.
Nowy rok... jea. Tak sobie myślę, że nowy rok ma dopiero tydzień, a u mnie już sporo się zmieniło. Po pierwsze zmieniło się mieszkanie. Zamieniliśmy pomarańczowy pokoik na otoczonym parkami kozanowie, na biały w kamienicy, gdzie za oknem widać drugą kamienicę. Mi się nawet podoba ta zmiana, W trochę marudzi, ale myślę, że się przyzwyczai.
Poza tym myślimy nad adopcją świnki morskiej. Mam nadzieję, że będziemy dobrymi „rodzicami”. Jeżeli, więc ktoś wie o śwince we Wrocławiu, która szuka domu to proszę o info.
Tak poza tym to były święta. Bardzo miłe, rodzinne święta. Robiłam domki z piernika, W zrobił mi bombkę ze sznurka, a w ramach spalania serniczków zrobiliśmy sobie wycieczkę na „piaskową”.
Ta notka jest jakaś taka nieudana, ale cóż to tylko tak na rozgrzewkę (jak grzaniec powyżej).
Na koniec...postanawiam, że będę pisała tu chociaż raz w tygodniu... Mam nadzieję, że się uda.
niedziela, 17 października 2010
O wtykaniu nosa gdzie nie potrzeba
Kiedy rano otworzyłam oczy byłam mile zaskoczona. Zaskoczyło mnie słońce oświetlające cały pokój, ba cały świat za oknem. To miło z jego strony, szczególnie, że wczoraj zrobiłam pranie i suszenie go w pokoju niekoniecznie mi się podobało.
Okazja nie mogła się zmarnować, wyszliśmy na kolejną wycieczkę. W. przygotowany jak na wyprawę w góry, ja raczej jak na spacer po rynku, bo grunt to różnorodność. Tak sobie spacerowaliśmy nad Odrą po chaszczach wszelakich, aż kończyła się ścieżka. Jak ścieżka się kończyła to zaczynała się nowa i szliśmy dalej. Liście szeleściły, ptaki krzyczały, ludzie spacerowali z psami. Wszystko byłoby dobrze i bez większych wpadek gdyby nie to, że nie zawsze dociera do nas fakt "zamknięta brama oznacza zakaz wstępu". W związku z tym przepchaliśmy się szparą między rzeczoną brama, a poręcza urokliwego mostu (który był tym bardziej intrygujący i urokliwy, że zamykały go dwie bramy) i rozpoczęliśmy jego oglądanie. Później przepchneliśmy sie jeszcze przez jedną bramę myśląc, że po drugiej stronie jest droga i... okazało się, że wleźliśmy na teren posterunku policji. Oj, oj oj. Całe szczęście, że pan, który posterunku pilnuje był bardzo miły i tylko kazał nam wyjść, bo tu spuszczone psy czasem biegają...
Koniec końców ominęliśmy inne bramy, płoty, domy i dotarliśmy do domu na pyszne naleśniki z jabłkami.
Dobranoc.
sobota, 16 października 2010
Znów zwyczajnie, bez kulinarnych wynurzeń
Jedzenie jedzeniem, ale stwierdziłam, że czas pisać tu częściej, więcej zwyczajnie o codzienności, o radościach i łzach (łez to mogłoby być mniej niż więcej w zasadzie).
Zaczynamy.
Dzisiaj była wycieczka. Znaczy w końcu przeszliśmy się gdzieś dalej niż na przystanek. Znów potwierdziło się moje przypuszczenie, że mieszkamy w bardzo zielonej okolicy. To miło mieć poczucie, że powietrze, które wpuszczam przez (wiecznie) otwarty balkon w większości składa się z powietrza, a nie ze spalin. Fajnie też móc ze znajomymi posiedzieć na ławeczkach w parku zamiast w czterech ścianach się dusić. Jak już wspominałam była wycieczka zakończona zakupami na tydzień. Niestety okazało się, że my (takie dwa małe ludziki) potrafimy zjeść w ciągu tygodnia bardzo dużo, więc powrót z bardzo ciężkimi plecakami musiał odbyć się już tramwajajem, a nie na nogach.
Poza tym doszliśmy do wniosku, że gotowanie w podskokach i na dodatek w dwie osoby to nie nasza domena. Mi udało się przesolić warzywa, a W. osłodził, a później przesolił makaron... także tego... obiad był przepyszny i nie bardzo wiedzieliśmy jak to to zjeść. Po tym gotowaniu i zakupach dochodzę do wniosku, że musimy pozbyć się z kuchni soli i przestać jeść mięso i ser (na resztę może nas stać :P).
Teraz po zakończonej powodzeniem bitwie z historią wychowania śpiewam do głośników, a W. "jeździ" uazem ;)
Właśnie, doszłam do wniosku, że muszę się w końcu nauczyć odpowiadać na komentarze pod nimi. Nauczę się, obiecuję.
Na koniec wrzucam muzyczkę. Muzyczka pozytywna i radosna i kojarząca się z e Zduńską Wolą, ale to długa historia :)
Muzyczka
