środa, 16 czerwca 2010

Tarta truskawkowa

Znów będzie na słodko. Z powodu wakacyjnej nudy wymyśliłam taki oto przepis. Nie jest to na pewno nic oryginalnego, ale co tam.

Przepis na kruche ciasto pochodzi z najbardziej zaufanej książeczki o ciastach jaka moja rodzina posiada. Niestety książka wyrabiając sobie renomę straciła okładkę i nie mogę Wam jej teraz przedstawić. Mam nadzieję, że okładka kiedyś się znajdzie.



Tarta truskawkowa
Spód:
* 300g mąki
* 50g cukru
* 125g margaryny
* 1-2 jajka
* łyżka kwaśnej śmietany
* 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
* szczypta soli

To jest kruche ciasto, więc dobrze będzie jeśli składniki będą zimne. Przesianą mąkę zagniatamy dokładnie nożem, a na koniec szybko wyrabiamy ręcznie. Wygniecione ciasto wrzucamy na pół godziny do zamrażalnika lub do lodówki. Po wyjęciu wałkujemy na grubość ok. pół centymetra i wykładamy nim tortownicę (albo formę to tart). Tortownica powinna być wysmarowana tłuszczem i obsypana bułka tartą lub wyłożona papierem do pieczenia. Nie można zapomnieć o zrobieniu brzegów wysokości chociaż półtora centymetra. Ciasto nakłuwamy widelcem i pieczemy ok.30 minut w średniej temperaturze.

Wierzch:
* pocięte w plasterki truskawki (ok półtorej szklanki)
* 3/4 szklanki pokrojonych orzechów włoskich
* 0,5 szklanki jogurtu naturalnego
* 0,5 szklanki śmietanki kremówki
* 2 jajka
* 3 łyżki cukru
* kropelka olejku migdałowego*

Na upieczonym spodzie układamy truskawki, posypujemy je orzechami. Resztę składników mieszamy dokładnie i powoli wylewamy na ciasto, trzeba uważać, żeby masa nie wylała się za brzegi. Całość zapiekamy jeszcze 15-20 minut.


* W Łasku rozniosła się wieść, że zapach waniliowy odstrasza komary. Nie wiem czy to prawda, ale w sklepach powoli zaczyna brakować olejku waniliowego :P

środa, 9 czerwca 2010

Candy

Weszłam na pewien fantastyczny blog wczoraj i ku mojej wielkiej radości ogłoszone zostało tam candy. Ponieważ kolczyki są moją wielką słabością musiałam spróbować je dostać, co i wam proponuję. A oto link do bloga: link

sobota, 22 maja 2010

Śniadaniowe rogaliki


Zeki nie pozwala żeby blog był osierocony, przypomina o notkach. Dziękuję Zeki ;)

Notka ta miała powstać w tamtym tygodniu ale nastąpiły zawirowania i zaginęła kartka z przepisem. Ja nie mam dobrej pamięci jeśli chodzi o liczby, więc wolałam poczekać aż się znajdzie.

Krucho-drożdżowe rogalki
( dwie duże blachy, tym razem nie policzyłam dokładnie ;)
* 25dag margaryny do pieczenia
* 50g drożdży
* 0,5kg mąki
* łyżka cukru
* szczypta soli
* 2 jajka
* 2 łyżki kwaśnej śmietany (najlepiej w temperaturze pokojowej)
* powidła, dżem, marmolada
* opcjonalnie białko jajka

Drożdże, śmietanę, cukier mieszamy i odstawiamy do wyrośnięcie w ciepłe miejsce.
Mąkę przesiewamy, dokładamy margarynę, jajka i sól, wszystko rozdrabniamy nożem. Na koniec wlewamy drożdżowy rozczyn.
Wszystko wyrabiamy rękoma. Wyrabiać możemy dłużej niż ciasto kruche, ale nie tak długo jak drożdżowe.
Wyrobione ciasto wstawiamy na pół godziny do lodówki.
Schłodzone ciasto tniemy na placuszki, które wałkujemy na posypanej mąką stolnicy. Później z placuszków wycinamy trójkąciki.
Na środek podstawy trójkątów nakładamy dżem i zwijamy zaczynając od podżemowanej strony. W ten sposób uzyskujemy rogaliki. Możemy je teraz posmarować rozmąconym białkiem.
Rogaliki pieczemy ok 40 minut w 180 stopniach.



A właśnie. W końcu zakończyłam maturalne starcie :)

sobota, 8 maja 2010

Drożdżowe ślimaczki, czyli wypieki niesezonowe




W końcu nadszedł na nie czas. Nieważne, że już dawno wypełzły z mojego domu.
Muszę zaznaczyć, że przepis na nie wzięłam z tego bloga (klik). Znaczy nie wytrzymałam i zmieniłam go trochę, ale tylko trochę :)

Drożdżowe ślimaczki
(ok. 30 sztuk)

Ciasto: * 4 szklanki mąki pszennej
* 5 dag drożdży
* 1 szklanka letniego mleka
* 1/3 szklanki cukru
* 100g roztopionego masła / margaryny do pieczenia
* szczypta soli

Wkład: * 2 łyżki stopionego masła
* 3-4 łyżki cukru
* 1 łyżka cynamonu
* garść rodzynek
* garść pestek słonecznika

Dodatkowo: * jedno białko


Rozkruszone drożdże i szczyptę cukru zalewamy letnim (nie gorącym)mlekiem, wszystko mieszamy do rozpuszczenia i odstawiamy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Mojej miksturze zajęło to ok. 20 minut.
Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy cukier, sól i wyrośnięte drożdże.
Całość wyrabiamy, a kiedy się połączy dodajemy roztopione i lekko przestudzone masło, wyrabiamy dalej. Dobrze wyrobione ciasto będzie błyszczące, zbąblowane i nieklejące.
Z wyrobionego ciasta formujemy kulkę, obsypujemy ją mąką, przykrywamy ściereczką, albo folią i odkładamy na 30 minutowe leżakowanie.
Leżakowanie powinno zaowocować podwojeniem ilości ciasta.
Teraz nasz wyrób rozwałkowujemy na obsypanej mąką stolnicy tak, by uzyskać prostokąt.
Na małym gazie rozpuszczamy i mieszamy ze sobą wszystkie składniki wkładu.
Roztopiony wkład przelewamy na ciasto i równomiernie rozprowadzamy. (Ja zrobiłam to palcem, ale palec nie był zbyt szczęśliwy z tego powodu.)
Ciasto zwijamy wzdłuż dłuższej krawędzi i tniemy na plastry (ok. 1,5cm).
Choć w podstawowym przepisie zalecano odłożyć je do ponownego wyrastania ja tego nie zrobiłam.
Ślimaczki rozkładamy dość luźno na wyłożonej papierem brytfance, smarujemy roztrzepanym białkiem i pieczemy 20-30 minut w 200 stopniach.


W poniedziałek matura z biologii. Ałć!
Dziękuję za wszystkie kciuki.

poniedziałek, 3 maja 2010

Ze zdjęć relacja

Wczoraj byłm na spacerze z dwoma kochanymi wściekliznami.
A było to tak:





Dzisiaj... zaczęliśmy sezon :D Pierwsza tegoroczna wyprawka do Załęczańskiego Parku Krajobrazowego.
Aż nie mogę się powstrzymać przed wrzuceniem zdjęć.
Boże, dziękuję, że są na świecie przyjaciele, którzy wiedzą lepiej ode mnie czego mi trzeba.













A dla Pasi sto lat!
Po pierwsze, bo ona bardzo lubi śpiewać "Sto lat", po drugie bo ma urodziny dziś.



Jutro zaczynamy matury...fantastycznie...

piątek, 30 kwietnia 2010

Nie nadajemy z Wrocławia

Dzisiaj miałam napisać notkę zaczynającą się od słów "Halo, halo. Znów nadajemy z Wrocławia.", ale nie zacznę tak. Nie zacznę, bo nadal nadaję z Łasku, bo jedne rzeczy trwają za długo, a inne nie chcą czekać. Na szczęście W. zdążył dołączyć do mnie. Na szczęście, bo inaczej przerwa majowa byłaby nieznośna.

Wiecie skończyłam dzisiaj szkołę. Dziwnie, tak wcześnie.

Dziękuję za wcześniejsze komentarze. Jestem zdumiona niezmiernie i jeszcze raz dziękuje... tak wiele ciepłych słów.

środa, 28 kwietnia 2010

Pierwsze muffinki



Oto i one. Moja chluba i duma. Pierwsze w życiu muffinki.
Muszę koniecznie zaznaczyć, że podstawową formułę ciasta pobrałam stąd i jak pisałam mam nadzieję, że Asieja się nie obrazi.

Muffinki jagodowo-czekoladowe
(20 ślicznych babeczek)
* 1,5 szklanki mąki
* 3/4 szklanki cukru
* 1/2 szklanki oleju
* 1/4 szklanki mleka
* 2 jajka
* szczypta sody
* łyżeczka proszku do pieczenia
* biała czekolada
* garstka jagód
* bułka tarta

Suche składniki przesiałam przez sito i pomieszałam z posiekaną czekoladą.
Mokre składniki zmieszałam ze sobą.
Dodałam suche do mokrych i połączyłam (średnio dokładnie).
Po przełożeniu ciasta do wysmarowanych i wysypanych tartą bułką foremek (półtorej łyżeczki na babeczkę) powciskałam do nich zamrożone jagody.
Wszystko piekło się ok 30min. w temperaturze 180 stopni.

PS. Jeżeli tak, jak ja nie wykładasz foremek papierowymi kokilkami jagody nie mogą przylegać do boków foremki, bo babeczka baaardzo się przyklei. Ja swoje muffinki musiałam wydłubywać nożem z foremek.

Tak, Amarantko ja też nie mogę się doczekać świeżych owoców. Na szczęście mam domowe mrożonki.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Truskawki pod pianką



Ledwo przyszła wiosna, słonce trochę przyświeciło, człowiek zmienił kurtkę na lżejsza, a już nam się wydaje, ze jest lato i wszystkie owocowe skarby są na wyciągniecie reki. Nie, nie, nie wcale tak nie jest. Niestety. Sama się dałam na to nabrać i jakież było moje zmartwienie, kiedy owoce do deserów musiałam wyciągnąć z zamrażarki.
Deser numer jeden miał być bezą, ale pomyślałam, że skoro już jest lato (!) to nie będę jadła samej smutnej bezy. Samotna beza została zastąpiona przez truskaweczki pod pianką, które zrobiłam tak:

Truskaweczki pod pianką
(dla 2 spragnionych słodkości osób)
* garść truskawek (ja użyłam mrożonych)
* pół garści migdałów
* jedno białko
* dwie łyżeczki cukru pudru
* szczypta soli

Truskawki pokroiłam na ćwiartki.
Migdały sparzyłam wrzątkiem i obrałam z łupinek. W przeciwnym razie łupinki podczas pieczenia odpadły by z migdałów i psuły nasz deserek. Obrane migdały pokroiłam na dość małe, ale wyczuwalne kawałki.
Białka ubiłam z cukrem i solą na bardzo sztywną masę.
Truskawki zmieszałam z migdałami i wrzuciłam do foremki. Na wierzch wyłożyłam pianę z białek.
Wszystko to piekłam w średni nagrzanym piekarniku jakieś 15 min, ale to pewnie zależy. W każdym razie chodziło mi o to żeby białka się zapiekły.
W ten sposób otrzymałam pyszną "zupkę" przykrytą delikatnie chrupiącą pianką


Jutro chyba pochwale się moim nowszym wytworem, czyli owocowym deserkiem nr. dwa.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Deser jabłkowo-jogurtowy



Weroniko jest chora i jakaś niezbyt żwawa ostatnio. Z tego wniosek, że powinna zacząć jeść owoce. Podobno jedno jabłko dziennie i można omijać z daleka lekarza. Jest za to jeden problem, jabłka, które ostatnio kopiliśmy są dość... miękkie i niesmaczne. Ja rozwiązałam to tak.


Deser jabłkowo-jogurtowy
(jedna szklanka)
* jabłko
* 3 łyżki jogurtu naturalnego
* 2 łyżki śmietany 18%
* 2 łyżeczki miodu
* kilka kropel soku z cytryny
* pestki słonecznika

Śmietanę, jogurt i łyżeczkę miodu miksujemy ze sobą.
Jabłko obrane ze skórki i pokrojone miksujemy z resztą miodu i sokiem z cytryny.
Wszystko wlewamy do naczynka i posypujemy pestkami słonecznika.


Czas na edukację.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Czasem lepiej nic nie mówić.

środa, 7 kwietnia 2010

Niesforny mazurek kajmakowy.



Znów przyszły zimne dni. Ludzie zamiast wystawiać twarze na słoneczne promienie chowają się w swoich, zwykle szarych płaszczach, szalach, wyciągają rękawice. Ja niewyraźnie trzymam się na nogach. Powrót do poświątecznej rzeczywistości nie jest łatwy, obezwładnia mnie. Słowa mi się mylą, tracą konkretne znaczenia. Powracają do mnie dziwne, stare sny, problemy, które już kiedyś przezwyciężyłam.
Zamknęłam się przed światem w kubku herbaty i świątecznym cieście. W moim ulubionym, niezbędnym, krytykowanym, nieprzyzwoitym, przesłodkim, niemodnym mazurkiem kajmakowym.

Mazurek kajmakowy.
Ciasto (przepis z "Poradnika domowego" kwiecień 1994)
* 30 dag mąki krupczatki
* 3 żółtka
* 10 dag masła
* 10 dag cukru pudru
* zapach waniliowy

Masa:
* puszka mleka skondensowanego
* 10 krówek
* bakalie ( ja najbardziej lubię w nim orzechy i migdały)

Składniki na ciasto łączymy za pomocą noża, a później szybko zarabiamy.
Ciasto wkładamy do lodówki na pól godziny.
Zimne ciasto rozwałkowujemy i wykładamy na wysmarowaną blachę formując podniesiony brzeg, nakłuwamy widelcem w kilku miejscach.
Ciasto pieczemy w 200 stopniach, aż uzyska ładny, złoty kolor.

Mleko skondensowane gotujemy około czterech godzin, wstawiając puszkę do garnka z wodą. W sumie najlepiej jest zrobić to przed świąteczna zawieruchą.
Takie mleko wrzucamy do rondelka razem z krówkami i podgrzewamy aż staną się jednolitą masą.
Taką krówkowo - mlekowa miksturę wylewamy na wystudzony blat z ciasta.
Teraz następuje zdobienie ciasta za pomocą bakalii i wszystkiego innego, co wpada nam w ręce. Jak już pisałam ja jestem fanką orzechów i migdałów zatopionych w słodkiej masie.



(krówki są po to żeby masa lepiej się ściągnęła)
(jeżeli masa wydaje się zbyt gęsta można dodać do niej trochę masła)
(do ciasta nie nadaje się cukier kryształ, ciasto wychodzi wtedy strasznie twarde)

niedziela, 4 kwietnia 2010

Świąteczny Łask



Po pierwsze chcę wysłać do Was wszystkich ciepłe, świąteczne uściski.
A po drugie chcę powiedzieć, że tak wyglądało centrum Łasku wczoraj.
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego.

wtorek, 30 marca 2010

Koktajl bakaliowo - waniliowy.


Ciepło się dzisiaj zrobiło. Ojjjj, nie da się ukryć. Tak ciepło, że po raz pierwszy mogłam wyjść ze szkoły na spacer w samym sweterku i nie narazić się na jakąś straszliwa chorobę. Spacerek zakończył się bułeczka z rodzynkami kupioną u bardzo skrupulatnej pani w ulubionym sklepiku kierowcy mojego autobusu :)

A tak poza tym do dawno mnie tu bardzo nie było. Znaczy byłam żeby czytać o waszych poczynaniach, oglądać piękne zdjęcia i ocierać ślinkę cieknącą podczas czytania przepisów, ale samodzielnie nic nie napisałam. Toteż teraz po starciu z usypiającą biologią i "Higieną ucha" w uchu napiszę.

Koktajl bakaliowo - waniliowy
(dla 2 osób)
* szklanka zimnego mleka
* dwie łyżki lodów waniliowych
* mała garstka bakalii ( ja użyłam orzechów włoskich i daktyli )

Mleko i lody miksujemy. Bakalie siekamy lub miksujemy na tyle żeby nie opadały na dno i jednocześnie były czymś więcej niż tylko irytującym nalotem na zębach.


Muszę jeszcze zaznaczyć, że znów zdarzył nam się festiwal. Fantastyczny był on i w stu procentach przerósł moje oczekiwania. Na dodatek już dawno nie miałam tak wielu fantastycznych możliwości wygłupiania się na scenie.
Lidko, wiesz, cała Zduńska wymaga ode mnie udostępnienia tekstu pieśni "Jak czajnika świst". Nie wiem co Ty na to.

Wracam do książek. Eh.

poniedziałek, 22 marca 2010

Risotto z papryką, wersja naprawiona.



W sobotę postanowiłam zaryzykować i zmierzyć się z risotto. Runda druga okazała się zwycięska dla mnie (przynajmniej tak sądzę).
Opowiem Wam.

Risotto z papryką.
(2 osóbki)
* szklanka ryżu
* papryka
* ząbek czosnku lub mała cebula
* papryka dowolnego koloru, chociaż chyb a najlepiej prezentuje się zielona
* kilka cienkich plasterków boczku
* żółty ser w dowolnej ilości
* oliwa
* szklanka bulionu
* majeranek, pieprz, słodka papryka w proszku

Na małym ogniu i lekko naoliwionej patelni zrumieniłam ryż. Tym razem zrumieniłam a nie spaliłam.

Ryż zdjęłam z patelni.

Teraz powędrował na nią boczek pocięty w dość małą kostkę. Do podpieczonego i ładnie wytopionego boczku dołożyłam zgnieciony, ale nie przeciśnięty ząbek czosnku i pokrojona paprykę. Czosnek został przeze mnie zgnieciony, bo nie wiedzieć czemu ostatnio czosnek w małych kawałkach strasznie mi się przypala i robi bardzo niedobry.

Kiedy warzywa są już lekko rozmiękczone dołącza do nich ryż i bulion. Taki zestaw (gotujemy/smażymy/dusimy?)podgrzewamy na malutkim ogniu często mieszając dopóki ryz nie będzie odpowiednio miękki. Ja podgrzewałam bez przykrycia, ale nie wiem czy to dobrze.

Na koniec wszystko przyprawiamy, przekładamy na talerz, łączymy z żółtym serem i już.


Tak, tak jestem ośmielona.

wtorek, 16 marca 2010

Żółciutkie placuszki, żółciutkie jak słońce.



Ha, ha! Zwyciężyłam.
Udało mi się zrobić placuszki z wczorajszych, autobusowych marzeń, czyli placuszki kukurydziane. Zjadłam je sobie dzisiaj połączone z mięsnym sosem(*gdzie jesteście pomidorki?) i mój brzuszek jest szczęśliwy.

Żółciutkie placuszki, żółciutkie jak słońce.
(sztuko ok.8)

* trzy bardzo czubate łyżki mąki kukurydzianej (ja dziwnym trafem nie mogłam takowej kupić więc beztrosko zmiksowałam kaszkę kukurydzianą)
* pół szklanki gazowanej wody
* jajko lub dwa
* szczypta pieprzu, soli, pieprzu cayenne
*mały ząbek czosnku
* ćwierć puszki kukurydzy
*olej do smażenia (niestety nie udało mi się go obejść)

W zasadzie metoda wytwarzania jest taka jak przy naleśnikach. Czyli do pojemnika wlewamy wodę i wbijamy jajko, teraz możemy wsypać wszystkie sypkie składniki (tak dokładnie zsiekany czosnek jest sypki :P ) i w dowolnie wybrany sposób połączyć. Ja do łączenia tak małej ilości używam shakera, ale miseczka i widelec też dają radę.
Masa powinna jeszcze troszkę odstać, żeby aromat czosnku miał szansę się rozprzestrzenić.
Tak połączoną, dość rzadką, odstaną i wymieszaną masę wlewamy na rozgrzaną, natłuszczoną patelnię. Nie polecam tworzenia dużych jak naleśniki krążków, lepsze będą takie małe placuszki po trzy, cztery na patelni. Czemu? A temu, że w towarzystwie lepiej im się obraca.


Napisałam próbną biologię... ciekawe czy się udało.

poniedziałek, 15 marca 2010

Wymarzone, nieudane placuszki.

Po kolei. Nie uczę się w moim kochanym Łasku, uczę się jakieś 15km od niego, w Zduńskiej Woli dokładnie. W związku z tym codziennie dwa razy wsiadam do PKSu linij S i jadę. Rzeczone jechanie nie jest takie złe jak większość osób myśli. Zawsze mam dodatkowe pół godziny żeby się pouczyć, pół godziny żeby się przespać, pół godziny żeby odpocząć, pól godziny żeby z kimś porozmawiać. Oczywiście czasem jest bardzo denerwująca, ale to zupełnie odrębna długa historia. Z tych wielu rzeczy, które przez pół godziny robić mogę zwykle wybieram sen, o przepraszam, sen wybiera się sam. Ja śpię, autobus warczy, głowa obija się o okno, jest super. Czasem jednak zdarza się, że zasnąć nie mogę i w półsennym stanie obmyślam co zjem, kiedy tylko doczłapię do domu.

Dzisiaj wymarzyłam sobie placuszki kukurydziane i sałatkę z pomidorów. Wszystko brzmi dobrze. Niestety życie chciało inaczej i ani placki, ani sałatka nie pojawiły się na moim talerzu.

Problem 1: Po / przed sezonem!*
Wstąpiłam do sklepu po pomidorki i jakież rozczarowanie, jakaż rozpacz, jakież wytrącenie z błogiej nieświadomości. Przecież jest zima, pomidory są plastikowe i kosztują tyle, że ścina z nóg. Sałatki nie będzie, trudno.

Problem 2: Stan roztrzepania.
Zasmucona brakiem jadalnych pomidorów zabrałam się za konkretyzacje placuszków. Konkretyzację, bo wiedział tylko, że chcę placuszki kukurydziane, a co to dokładnie oznacza? Wszystko szła ładnie. Wybrałam składniki, wrzuciłam do shakera w dobrych proporcjach, ładnie wybełtałam, rozgrzałam patelnię, wylałam na patelnię, smażyłam, a tu niespodzianka! Niestety placki na stałe spoiły się z patelnią, a oddzielone od niej traciły jakikolwiek kształt i nie dały się odwrócić. Czemu tak się stało? Tak się stało, bo Weronika zupełnie nie pomyślała o jajkach.

Podsumowując. Jutro się uda, jutro będą jajka. :)

* aż mi się pewna straszna piosenka przypomniała

poniedziałek, 8 marca 2010

Z życzeniami.



Kobietki moje kochane, życzę wam słonecznych dni, świeżych produktów, ostrych noży, gorących piekarników, zimnych lodówek, szybkich mikserów i niezawodnych sąsiadek od pożyczania cukru. W zasadzie wszystkiego, co najlepsze.


Dzień kobiet. Fajna sprawa w zasadzie. Lubię kiedy chłopcy w każdym wieku nagle poczuwają się do roli gentlemanów. Urocze jest to zwykle, ale żeby nie było, że się śmieję, nie, nie, nie, stanowczo nie. Nie ma w tym co piszę żadnej ironii. Tak, więc były dzisiaj miłe słówka, buziaczki i wirtualne kwiatki, dziękuję i z rumieńcem na twarzy przyznam się, że miło mi niezmiernie.




Kwiaty w wersji "mały budowlaniec"

czwartek, 4 marca 2010

Grrrr... nie lubię wielu rzeczy, oj zapewne zbyt wielu. Za to dzisiaj najbardziej przeszkadzają mi moje dwie cechy: ogromny wewnętrzny leń i nadmiernie przejmowanie się wszystkim. Nie mogę się zabrać od dawien dawna nie mogę się zebrać do zrobienia czegokolwiek, do nauki, do sprzątania, do wyjścia na spacer. Wiem, że marudzę, ale tak to jakoś mi się zrobiło, że pokłady mojej energii zostały do dna wyskrobane, a dziura po nich z głupim uśmieszkiem czekają na słońce, na W., na nie wiem na co... Tak, tak przejmowanie się też się włączyło i teraz siedzę i analizuję zamiast wbijać do głowy "niezbędna mi wiedzę".



Tak powiedziała mi herbata. Pewnie miała rację.


Skoro już mam dzień na marudzenie to dodam, że fizycznie też coś niezbyt. Leczę się, więc jak umiem. Mogę pokazać wam jak.



Oto tak. Styropian z ilością masła, którą zjadłaby czteroosobowa rodzina przez tydzień i nutellą. Pyszne, kaloryczne. A co, wolno mi, nie!?!!

poniedziałek, 1 marca 2010

Wielki zaciesz.



No i jak tu o jedzeniu kiedy wyróżnienie. W końcu! Przy szalonych zmianach składu i korespondencyjnym gitarzyście ( :* ). Lideczko wybacz, ale nie wiedziałam jaką funkcję Cię nazwać.


Poza tym cały weekend przeżyłam na kanapkach z dżemem w porywie do zimnej parówki z bułką. A przepraszam było jedno małe szaleństwo czyli tradycyjny obiad w Barze mlecznym smak zacnej sieci Społem :)

Tak czy inaczej... Boże w końcu! (dzisiaj cieszę się chyba bardziej niż w sobotę)

czwartek, 25 lutego 2010

risotTo.

Wczoraj wróciłam do Łasku. Nie uśmiecha mi się to wcale, ale jak trzeba to trzeba. Na dodatek muszę się pochwalić, że udało mi się wczoraj dotrzeć prawie samodzielnie na dworzec we Wroc. i nie zgubić się łażąc bez celu przez godzinę.
Ale nie o tym. We wtorek postanowiłam ugotować coś, czego jeszcze nigdy nie robiłam, a miało być przyjemne w przyrządzaniu, chodzi o risotto. No i klops, z riosotto został tylko TO. Jak to stwierdził W. po ryżu nie było czuć innego sposobu przygotowania, smakował jak gotowany. No i nie wiem co i jak poszło źle. Ryż się n ie rozgotował, przysmażył się aż za bardzo, potem dochodził z bulionem. Nie wiem... nie wiem. Czy ktoś wie?