poniedziałek, 24 czerwca 2013

Mogę

Powinnam pakować swoje rzeczy, przygotowywać się do wyprowadzki. Mogę zamiast tego pić kawę przez 40 minut.


Powinnam jeść zdrowo i mniej. Mogę też podgryzać białe rogaliki z nutellą.


Powinnam robić ładne, słoneczne zdjęcia. Mogę wrzucać tu także te nieudane, rozmazane potworki.

czwartek, 20 czerwca 2013

Nic nie pisałam. Bardzo długo i w zasadzie bez powodu. Nie miałam potrzeby, ochoty, tematów. Prawie zapomniałam o tym miejscu. Jednak teraz, kiedy w moim życiu sporo się zmieniło, kiedy w sumie skończyłam z sesją i mam wolny czas, poczułam potrzebę, ochotę, a i tematy pewnie się znajdą.

niedziela, 22 stycznia 2012

Szarośc i studenckie piraszenie

Szaro tu we Wrocławiu. Śniegu nie ma tylko błoto i wiatr i niebo szare, niskie, jakby chciało mnie przygnieść. Chłopcy oboje dzisiaj jacyś nietowarzyscy, oboje nie wyściubiają nosów ze swoich łóżeczek. A mi ciągle siedzi na głowie myśl, że powinnam się uczyć...eh, powinnam.
Natomiast wczoraj, wczoraj był leniwcowy, powolny, spokojny dzień. Dzień poświęcony na prace domowe, drobne, kochane złośliwości i inne rzeczy, na które zawsze jest za mało czasu. To miłe.


A właśnie, przejdźmy do pitraszenia. Stwierdziliśmy na koniec, że zrobimy parówki w cieśnie piwnym. Danie tak stereotypowo studenckie (zakładając oczywiście, że jest się studentem, który je), a jednak nie takie jak myśleliśmy. Pewnie dlatego, że parówki jakieś przesolone i piwo z najniższej półki. Nieważne. Parówek w cieście piwnym nie polecamy.

Na koniec jeszcze chciałam przeprosić za nieskładność posta, która wynika z przyciśnięcia stalowym niebem.

Aaaa na zupełny koniec zapytuję, gdzie jest taka zima jak w tamtym roku??? Taka??

wtorek, 17 stycznia 2012

Porannie

Nie mogłam się zdecydować na powstanie dzisiaj. Później zaprzałym kawę, tak, jak pan w radio kazał. Teraz siedzę i zamiast wziąć się poczciwie do nauki to patrzę jak świnia hasa po pokoju, albo jak śnieg spada na dachy sąsiednich kamienic. Ciągle nieubrana, ciągle nieuczesana układam w głowie obrazy kolejnych dni, podsycam nadzieję na gładkie przebrnięcie przez kolejne kolokwia.


Właśnie, we Wrocławiu śnieg! W końcu się zdecydował, bo wczoraj cały dzień niby latał w powietrzu, ale jakoś sam nie wiedział czy chce spaść, czy znowu frunąć do chmur i w zasadzie przemieszczał się tylko pionowo. A dzisiaj, dzisiaj spadł i mam nadzieję, że przykrył brzydotę i brud mojej ulicy i mam nadzieję, że utrzyma się jeszcze parę dni, bo W powiedział, że jak będzie śnieg to mogę sobie skonstruować karmnik ;)


(skoro miała szansę na przykrycie brudu ulicy, to może wpuszczę go do kuchni, hymmm)

Pozdrawiam Was sennie.

sobota, 14 stycznia 2012

Eksperyment, eksperyment

Ach dopadło mnie w tym tygodniu obniżkowe szaleństwo, znaczy zrobiłam coś co raczej mi się nie zdarza i kupiłam cały kilogram marchwi. Cały kilogram, wiem, że to głupi brzmi, ale my na prawdę mamy tak nierówny przerób, że wszystko kupujemy na sztuki :) No i zmuszona byłam przerobić ten kilogram wciągu paru dni. Ze sporą częścią pomógł mi dzielnie Pyton, bo on jest zaciekłym marchewkożercą.
W związku z tym postanowiłam ugotować eksperymentalnie zupę marchewkową.

Zupa marchewkowa dla 2 osób

* 4 marchewki
* spora cebula
* duży ząbek czosnku
* kasza kuskus (tyle ile zwykle używasz dla 2 osób, bo to nie jest takie proste ;)
* po pół łyżeczki soli, cukru, curry, pieprzu i cynamony (może soli trochę więcej, a cynamony i cukru troszkę mniej ;)
* oliwa lub olej
* 2 łyżeczki soku z cytryny
* woda oczywiście
* opcjonalnie jogurt naturalny

Marchew, cebulę i czosnek kroimy na dowolne cząstki i podsmażamy na oleju. Kiedy są już szkliste dodajemy przyprawy, wodę i gotujemy aż będą miękkie, a cała kuchnia będzie pięknie pachnieć. Na koniec dodajemy sok z cytryny. Zupę miksujemy na gładką masę i dodajemy do niej kuskus. Po 5 minutach danie jest gotowe. Można je jeszcze przyozdobić kleksem jogurtu.

Jak pisałam moim zdaniem zupa była naprawdę pyszna i interesująca w smaku. Jednak W wzgardził nią zupełnie. No cóż każdy eksperyment ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne (jak to mówił wąsaty klasyk ).

Dobrych, kolorowych snów.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Candy

Biorę udział w candy u Flory, można wygrać cudowny wieniec. Cudowny.

czwartek, 15 grudnia 2011

Smaki dzieciństwa

Dzisiaj mam wolny dzień. Dlatego mogłam zjeść na śniadanie coś lepszego niż herbatę z suchym chlebem i postawiłam na smak dzieciństwa.


Chleb w jajku, czyli uproszczone tosty francuskie

* parę kromek nie najświeższego chleba
* 2 jajka
* 2 łyżki mleka
* szczypta soli
* sok z cytryny
* cynamon
* miód
* wybrany owoc
* olej do smażenia

Jajka roztrzepujemy, dodajemy sól i mleko. Kromki maczamy w jajecznej miksturze i obsmażamy na oleju. Po zdjęciu z patelni skrapiamy sokiem z cytryny, posypujemy cynamonem, smarujemy miodem i obkładamy owocem. Jemy puki ciepłe, bo ciepłe najlepsze :)

W niedziele w moim domu często jadaliśmy takie śanadno lub kolację. Pamiętam, że była wersja na słodko, czyli taka jak opisałam ( no może poza cynamonem) i wersja na słono, w niej do jajka dodawało się trochę tzw. jarzynki i już. Danie może nie jest wykwintne, ale jakie pyszne i oszczędne. Można do niego użyć starego chleba i skrystalizowanego miodu i i tak cieszyć się pysznym rezultatem :D

powrót nr 3

Ehhh, widzę, że regularne pisanie na blogu to nie jestem moja dobra strona. Znów zatęskniłam, znów wracam. Oby tam razem udało się bez większych przerw bawić się na na blogowym podwórku.

środa, 27 kwietnia 2011

Migawki


Chronologicznie.

Migawka ze Szczecina.


Szczecin był taki, że... że może nawet mogłabym polubić bywanie nad morzem. Przez jeden dzień to nawet nie zdążyłam się znudzić. Było miło i poznałam kuzyna :D

Migawka przedświąteczna.


Oto piękny koszyczek, wyrób przedszkolny, który dostałam w prezencie. Jego główną cześć stanowi kurczak z waty własnoręcznie wykonany przez dzieci, który dzięki swoim uroczym rozbiegniętym oczkom zyskał miano Sida.

Migawka w sumie świąteczna.

Zdjęcie nie zrobione bezpośrednio w święta, ale w nie jakoś nie było czasu. Oto Pyton, który był główną atrakcją w moim rodzinnym domu. Ogólnie chłopak zaczarował wszystkich i nadal czaruje, bo do 3 maja będzie siedzi w Łasku. W ogóle ostatnio stwierdziliśmy ze zgrozą, że od kiedy go mamy urósł prawie dwa razy.

Migawka dzisiejsza.

Oto Herkules, mój fantastyczny, wrocławski wehikuł. Teraz już nie muszę cisnąć się w gorącym autobusie i biec na przystanek, bo mam jego. Uuuuu!

niedziela, 10 kwietnia 2011

Słonecznie rozleniwienie, bo słońce wróciło

Wiem, wiem, że wiosna się schowała. Jakoś tak głupio wyszło, że napisałam tę wiosenną notkę i parę minut później zaczęło lać, bo padaniem tego nie nazwę. Od wczoraj jest już troszkę ładniej, gdyby nie wiatr, który urywa głowy to byłoby całkiem gorąco.

Musze napisać o szoku, któy przeżyłam wczoraj. Mianowicie W postanowił zaangażowac się ekologicznie (co do niego jest niepodobne zupełnie) i tto włażnie z jego inicjatywy byliśmy wczoraj na wrocławskim Eko Jarmarku wymienić butelki z ostatniej imprezy na bilety. Moim zdaniem akcja wymiany odpadów różnego rodzaju na bilety do inetersujących miejsc to super pomysł. O wielkim zainteresowaniu akcją świadczyła kolejka, w której trzeba było wystać ok 2 godzin. Jedynym minusem, który niestety nas dopadł było, to że co godzinę dochodziły nowe bilety, a pod koniec godziny zostawały już tylko "reszki", których nikt nie wybrał. W związku z tym zdobyliśmy wejściówki do Muzeum Architektury :/ zobaczymy jak tam będzie.
Natomiast dzisiaj spokojna, słoneczna niedziela i nawet Pyton jakoś nieruchliwy (znaczy nie sępi jedzenia;). Wieczorem kroi się koncert liryczny bardzo, ale czy faktycznie się skroi to się okaże, bo jakoś mi się strasznie nie chce spotykać z ludźmi dzisiaj.

Ps. Amarantko, teraz, jak i ostatnio mieszkam na Śródmieściu, a dokładnie w okolicach Mostów Warszawskich.

Ps. Ciekawe kiedy w końcu oda mi się napisać cos o jedzeniu... ciekawe.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Poranki, ranek i już po

Siedzę w nowym mieszkaniu, kolejnym mieszkaniu. Uwielbiam tutejszą kuchnię i tę niby jadalnię, prześmieszne naczynia, uuu takiego kosmosu to ja dawno nie widziałam. Na przeciwko mnie jaszczurki tańczą pogo, w ogóle dziwne, że się ruszają. Poza tym otaczają mnie prawie martwe kwiatki w doniczkach, ciekawe czy moja niby dobra ręka je uleczy. Dzień rozkręca się powoli, lubię takie leniwe poranki, szkoda tylko, że wymagają takiego wczesnego wstawania ;)
Tak czy inaczej przyszła sobie wiosna i wszystko zrobiło się takie ładne, chyba nawet ja się zrobiłam ładniejsza. Zdęcia mam, ale nie wiem gdzie, wstawię jak znajdę, bo z tego zachwytu nad słońcem robiłam zdjęcia wszystkiego :) No i w końcu może coś o kuchmaceniu napiszę, ostatnio zdarza mi się coś ugotować, a napisać to już zapominam.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Bo jest czas łóżka i czas plecaka ;)

Ostatnio żyję na plecaku. Na plecaku, bo walizki nie posiadam i nie uznaję. Podróżowanie z Łasku do Wrocławia, z Wrocławia do Łasku, wyprawa zimowa na Śnieżkę, biwak, nadciągający wyjazd do Tarnobrzega, uh. Nie nadążam z przepakowywaniem. Poza tym zdrowie troszku mi się pogarsza, ale teraz siedząc w domu wykuruję się.

Wyprawa na Śnieżkę to mój pierwszy zimowy wypad w góry i powiedzmy sobie, że jak na pierwszy raz to pogoda nie ułatwiała mi zadania, a i widoków nie było zupełnie. Śnieg na ziemi, śnieg w powietrzu, śnieg z kieszeniach i ogólnie wszędzie śnieg.

Dzisiaj leżymy z chorym tatą w łóżku aż nas boki rozbolą, czyli, aż mama wróci z pracy i nas pogoni. Ja skończyłam grać w Wiedźmina, skończyłam z uczuciem niedosytu i niepewności, paroma zastrzeżeniami i chęcią na jeszcze. Na najbliższy czas planuję coś upiec, ale czy się uda... tego to najstarsi górale nie wiedzą.


Tak wiele jeszcze chciałam napisać i jakoś wyleciało z głowy, w takim razie. Do napisania.


Ps. A dziękuję sesja sobie poszła bez potrzeby powtarzania czegokolwiek. Uf.

sobota, 5 lutego 2011


Znów Pyton, tym razem u W na rękach. Zdjęcie słabe, ale obecnie nie mam aparatu, więc i na lepsze zdjęcia nie ma co liczyć. Obecnie staram się żeby Pyton w końcu zauważył, że to ja daję mu jego ulubione jedzonko i w związku z tym żeby mnie w końcu polubił trochę, ale to chyba nie działa za bardzo.
Poza tym W wyjechał do Łasku, a ja zostałam tu się uczyć... taaaa uczyć... No nic trzeba jeszcze się przygotować do tych dwóch egzaminów i będzie w końcu spokój. Szkoda tylko, że tak strasznie nie mam na to ochoty, no wszystko inne tylko nie czytanie notatek, proszę. Może ktoś ma rów do wykopania, dom do sprzątnięcia, cokolwiek, to ja chętnie zrobię w zamian za odwołanie egzaminów :)

Pozdrawiam was serdecznie i życzę miłego weekendu.

wtorek, 1 lutego 2011

Ale dziwnie mieszka się w pustym domu. Znaczy nasz wspólokator się wyprowadził z mieszkania. Nagle. Tak od i już. W mieszkaniu zrobiło większe echo, Pyton ma lepsza akustykę dla swoich nocnych występów. Niby całe dnie go nie było, ale i tak wspólokator to współlokator, zawsze jest na kogo zrzucić bałagan, czycos.
No tak, bo zapomniałam wspomnieć, że nasz świnek ma na imię Pyton. Świnek trzęsie się już coraz mniej, za to zaczął trząść nami. Domaga się jedzenia, imprezuje po nocach i jeszcze nie zrozumiał, że jego główną rolą w tym domu jest bycie głaskanym. Jeżeli tylko ma ograniczoną, dość ciemną przestrzeń to nawet się porusza, rozgląda, obwąchuje i podgryza wszystko. Większe przestrzenie to jeszcze coś przerażającego, a nie okazja do biegania.
Na koniec wspomnę, że powoli zbliżam się do pomyślnego (tfu, tfu nie zapeszaj) zakończenia mojej pierwszej sesji. Jeszcze tylko 3 egzaminy i wolne!!

Ps. W mieszkaniu nadal nie ma stałego internetu. Toż to zgroza!

piątek, 14 stycznia 2011

Maluszek przybył


Jak już mówiłam zmieniliśmy lokum. Pokój, do którego niedawno się wprowadziliśmy był biały, zimny i pusty, jakiś taki zupełnie niczyj. Rozpakowaliśmy nasze graty (strasznie dużo tych gratów), postawiliśmy kwiatka na parapecie, włączyliśmy piec i zrobiło się troszkę bardziej domowo.

Za to w środę pojawił się tu on, mały roztrzęsiony świnek. Teraz w całym pokoju ślicznie pachnie sianem, a my z niecierpliwością oczekujemy, aż nasz maluch zechce się z nami zapoznać. Zdziwiło mnie tylko to, że obudził mnie w nocy swoim kopaniem, chrupaniem, bieganiem... To dziwne, bo normalnie tego typu hałasy na mnie nie działają. No nic, czas wyrobić sobie trochę cierpliwości. Wczoraj zaczął powoli wyściubiać nos ze swojej budy, ale przy każdym hałasie (albo i bez niego) znów do niej wbiegał. W związku z tym zdjęcia są jakie są robione z ręki i na stanowczo za dużym zoomie ;)

Nadal oczekujemy na ocieplenie stosunków między nami.

piątek, 7 stycznia 2011

Nowy rok, czas na zmiany.

Nowy rok... jea. Tak sobie myślę, że nowy rok ma dopiero tydzień, a u mnie już sporo się zmieniło. Po pierwsze zmieniło się mieszkanie. Zamieniliśmy pomarańczowy pokoik na otoczonym parkami kozanowie, na biały w kamienicy, gdzie za oknem widać drugą kamienicę. Mi się nawet podoba ta zmiana, W trochę marudzi, ale myślę, że się przyzwyczai.

Poza tym myślimy nad adopcją świnki morskiej. Mam nadzieję, że będziemy dobrymi „rodzicami”. Jeżeli, więc ktoś wie o śwince we Wrocławiu, która szuka domu to proszę o info.

Tak poza tym to były święta. Bardzo miłe, rodzinne święta. Robiłam domki z piernika, W zrobił mi bombkę ze sznurka, a w ramach spalania serniczków zrobiliśmy sobie wycieczkę na „piaskową”.





Ta notka jest jakaś taka nieudana, ale cóż to tylko tak na rozgrzewkę (jak grzaniec powyżej).


Na koniec...postanawiam, że będę pisała tu chociaż raz w tygodniu... Mam nadzieję, że się uda.

niedziela, 17 października 2010

O wtykaniu nosa gdzie nie potrzeba



Kiedy rano otworzyłam oczy byłam mile zaskoczona. Zaskoczyło mnie słońce oświetlające cały pokój, ba cały świat za oknem. To miło z jego strony, szczególnie, że wczoraj zrobiłam pranie i suszenie go w pokoju niekoniecznie mi się podobało.
Okazja nie mogła się zmarnować, wyszliśmy na kolejną wycieczkę. W. przygotowany jak na wyprawę w góry, ja raczej jak na spacer po rynku, bo grunt to różnorodność. Tak sobie spacerowaliśmy nad Odrą po chaszczach wszelakich, aż kończyła się ścieżka. Jak ścieżka się kończyła to zaczynała się nowa i szliśmy dalej. Liście szeleściły, ptaki krzyczały, ludzie spacerowali z psami. Wszystko byłoby dobrze i bez większych wpadek gdyby nie to, że nie zawsze dociera do nas fakt "zamknięta brama oznacza zakaz wstępu". W związku z tym przepchaliśmy się szparą między rzeczoną brama, a poręcza urokliwego mostu (który był tym bardziej intrygujący i urokliwy, że zamykały go dwie bramy) i rozpoczęliśmy jego oglądanie. Później przepchneliśmy sie jeszcze przez jedną bramę myśląc, że po drugiej stronie jest droga i... okazało się, że wleźliśmy na teren posterunku policji. Oj, oj oj. Całe szczęście, że pan, który posterunku pilnuje był bardzo miły i tylko kazał nam wyjść, bo tu spuszczone psy czasem biegają...
Koniec końców ominęliśmy inne bramy, płoty, domy i dotarliśmy do domu na pyszne naleśniki z jabłkami.
Dobranoc.

sobota, 16 października 2010

Znów zwyczajnie, bez kulinarnych wynurzeń


Jedzenie jedzeniem, ale stwierdziłam, że czas pisać tu częściej, więcej zwyczajnie o codzienności, o radościach i łzach (łez to mogłoby być mniej niż więcej w zasadzie).
Zaczynamy.
Dzisiaj była wycieczka. Znaczy w końcu przeszliśmy się gdzieś dalej niż na przystanek. Znów potwierdziło się moje przypuszczenie, że mieszkamy w bardzo zielonej okolicy. To miło mieć poczucie, że powietrze, które wpuszczam przez (wiecznie) otwarty balkon w większości składa się z powietrza, a nie ze spalin. Fajnie też móc ze znajomymi posiedzieć na ławeczkach w parku zamiast w czterech ścianach się dusić. Jak już wspominałam była wycieczka zakończona zakupami na tydzień. Niestety okazało się, że my (takie dwa małe ludziki) potrafimy zjeść w ciągu tygodnia bardzo dużo, więc powrót z bardzo ciężkimi plecakami musiał odbyć się już tramwajajem, a nie na nogach.
Poza tym doszliśmy do wniosku, że gotowanie w podskokach i na dodatek w dwie osoby to nie nasza domena. Mi udało się przesolić warzywa, a W. osłodził, a później przesolił makaron... także tego... obiad był przepyszny i nie bardzo wiedzieliśmy jak to to zjeść. Po tym gotowaniu i zakupach dochodzę do wniosku, że musimy pozbyć się z kuchni soli i przestać jeść mięso i ser (na resztę może nas stać :P).
Teraz po zakończonej powodzeniem bitwie z historią wychowania śpiewam do głośników, a W. "jeździ" uazem ;)
Właśnie, doszłam do wniosku, że muszę się w końcu nauczyć odpowiadać na komentarze pod nimi. Nauczę się, obiecuję.
Na koniec wrzucam muzyczkę. Muzyczka pozytywna i radosna i kojarząca się z e Zduńską Wolą, ale to długa historia :)

Muzyczka

piątek, 15 października 2010

Kilka kroków przez park :)

Amarantka ostatnio pisała, że to dobrze nie gotować przez jakiś czas, bo dzięki temu mam więcej czasu na cieszenie się Wrocławiem. To pierwsza część moich wynurzeń na ten temat.
Uwielbiam przechodzić przez park zachodni, który w zasadzie jest moim sąsiadem. To taki miły przerywnik między siedzeniem w bloku, a nauką w zatłoczonej okolicy dworca. Przechodzę sobie przez dość niemiejskie miejsce. Ten park lubię dużo bardziej od od zapuszczonego łaskiego pseudo lasu. Tu zawsze coś się dzieje, zawsze ktoś jest. Raz mijam rodziców lub dziadków z zapałem pchających wózki z pociechami. Kiedy indziej uśmiecham się na widok prawie oswojonych wiewiórek. Urocze maluszki robią zapasy i są nieustanną atrakcją rodzinnych spacerów i głuptasów takich jak ja. Aaaaa i nie można nie wspomnieć o rzeszy aktywnych staruszków, którzy spacerują w sportowych strojach z kijkami i z lekką naganą spoglądają na nas-leniwą młodzież :) Co do aktywnych staruszków to zachwycił mnie ostatnio pan ćwiczący chodzenie po taśmie między parkowymi drzewami.
Od jakiegoś czasu zbieram się w sobie żeby zrobić w parku kilka zdjęć, ale za każdym razem coś wypada i zdjęć nadal nie ma.
Oj kochani życzę wam dobrego dnia i dobrego weekendu. Zapomniałam, to będzie mój pierwszy weekend tutaj, zobaczymy, zobaczymy.

poniedziałek, 11 października 2010

Koniec sezonu



Miałam ostatnio dużo pomysłów na notki, ale zupełnie nie związane z jedzeniem, a przy okazji jakoś tak nie mogłam poskładać myśli w zdania. Jeśli o jedzonko chodzi jakoś nie mam ostatnio szans i czasu na gotowanie. Moja droga, zapobiegliwa mama daje mi z dom u tyle jedzenia, że nie przejadamy. Dobrze, że jest zamrażalka :)) Dzisiaj natomiast w końcu się dorwałam do patelni i upichciłam pyszne warzywa z makaronem.

Makaron z warzywami (ostatni taki w sezonie) (2 porcje)
* dwie małe cukinie, ja użyłam żółtych
* papryka, tym razem zielona
* ząbek czosnku
* pomidor
* oliwa z oliwek
* ugotowany makaron, najlepszy byłby jakiś grubszy, ale ja miałam taki od rosołu (:/)
* bazylia, pieprz, sól, słodka papryka
* garść startego żółtego sera

Cukinię i paprykę kroimy, po czym podpiekamy na oliwie (lub bez niej, a co). Warzywa dusimy pod przykryciem, ale nie za długo powinny lekko zmięknąć i nie rozpaśtać się. Teraz możemy dodać obrane, pokrojone pomidory i posiekany ząbek czosnku. Kiedy wszystko w miarę się połączy i podgrzeje mieszamy z ugotowanym makaronem. Na koniec posypujemy startym serem.

Makaron potwierdził moją teorię, że w dobry, słoneczny dzień wymaga jedynie ciepłego, smacznego posiłku, by stać się idealnym.

Tym czasem żegnam się z Wami i idę łapać słońce na balkonie podczas czytania jakiś uczelnianych głupot. Ach i życzę dobrego dnia.