piątek, 14 stycznia 2011

Maluszek przybył


Jak już mówiłam zmieniliśmy lokum. Pokój, do którego niedawno się wprowadziliśmy był biały, zimny i pusty, jakiś taki zupełnie niczyj. Rozpakowaliśmy nasze graty (strasznie dużo tych gratów), postawiliśmy kwiatka na parapecie, włączyliśmy piec i zrobiło się troszkę bardziej domowo.

Za to w środę pojawił się tu on, mały roztrzęsiony świnek. Teraz w całym pokoju ślicznie pachnie sianem, a my z niecierpliwością oczekujemy, aż nasz maluch zechce się z nami zapoznać. Zdziwiło mnie tylko to, że obudził mnie w nocy swoim kopaniem, chrupaniem, bieganiem... To dziwne, bo normalnie tego typu hałasy na mnie nie działają. No nic, czas wyrobić sobie trochę cierpliwości. Wczoraj zaczął powoli wyściubiać nos ze swojej budy, ale przy każdym hałasie (albo i bez niego) znów do niej wbiegał. W związku z tym zdjęcia są jakie są robione z ręki i na stanowczo za dużym zoomie ;)

Nadal oczekujemy na ocieplenie stosunków między nami.

piątek, 7 stycznia 2011

Nowy rok, czas na zmiany.

Nowy rok... jea. Tak sobie myślę, że nowy rok ma dopiero tydzień, a u mnie już sporo się zmieniło. Po pierwsze zmieniło się mieszkanie. Zamieniliśmy pomarańczowy pokoik na otoczonym parkami kozanowie, na biały w kamienicy, gdzie za oknem widać drugą kamienicę. Mi się nawet podoba ta zmiana, W trochę marudzi, ale myślę, że się przyzwyczai.

Poza tym myślimy nad adopcją świnki morskiej. Mam nadzieję, że będziemy dobrymi „rodzicami”. Jeżeli, więc ktoś wie o śwince we Wrocławiu, która szuka domu to proszę o info.

Tak poza tym to były święta. Bardzo miłe, rodzinne święta. Robiłam domki z piernika, W zrobił mi bombkę ze sznurka, a w ramach spalania serniczków zrobiliśmy sobie wycieczkę na „piaskową”.





Ta notka jest jakaś taka nieudana, ale cóż to tylko tak na rozgrzewkę (jak grzaniec powyżej).


Na koniec...postanawiam, że będę pisała tu chociaż raz w tygodniu... Mam nadzieję, że się uda.

niedziela, 17 października 2010

O wtykaniu nosa gdzie nie potrzeba



Kiedy rano otworzyłam oczy byłam mile zaskoczona. Zaskoczyło mnie słońce oświetlające cały pokój, ba cały świat za oknem. To miło z jego strony, szczególnie, że wczoraj zrobiłam pranie i suszenie go w pokoju niekoniecznie mi się podobało.
Okazja nie mogła się zmarnować, wyszliśmy na kolejną wycieczkę. W. przygotowany jak na wyprawę w góry, ja raczej jak na spacer po rynku, bo grunt to różnorodność. Tak sobie spacerowaliśmy nad Odrą po chaszczach wszelakich, aż kończyła się ścieżka. Jak ścieżka się kończyła to zaczynała się nowa i szliśmy dalej. Liście szeleściły, ptaki krzyczały, ludzie spacerowali z psami. Wszystko byłoby dobrze i bez większych wpadek gdyby nie to, że nie zawsze dociera do nas fakt "zamknięta brama oznacza zakaz wstępu". W związku z tym przepchaliśmy się szparą między rzeczoną brama, a poręcza urokliwego mostu (który był tym bardziej intrygujący i urokliwy, że zamykały go dwie bramy) i rozpoczęliśmy jego oglądanie. Później przepchneliśmy sie jeszcze przez jedną bramę myśląc, że po drugiej stronie jest droga i... okazało się, że wleźliśmy na teren posterunku policji. Oj, oj oj. Całe szczęście, że pan, który posterunku pilnuje był bardzo miły i tylko kazał nam wyjść, bo tu spuszczone psy czasem biegają...
Koniec końców ominęliśmy inne bramy, płoty, domy i dotarliśmy do domu na pyszne naleśniki z jabłkami.
Dobranoc.

sobota, 16 października 2010

Znów zwyczajnie, bez kulinarnych wynurzeń


Jedzenie jedzeniem, ale stwierdziłam, że czas pisać tu częściej, więcej zwyczajnie o codzienności, o radościach i łzach (łez to mogłoby być mniej niż więcej w zasadzie).
Zaczynamy.
Dzisiaj była wycieczka. Znaczy w końcu przeszliśmy się gdzieś dalej niż na przystanek. Znów potwierdziło się moje przypuszczenie, że mieszkamy w bardzo zielonej okolicy. To miło mieć poczucie, że powietrze, które wpuszczam przez (wiecznie) otwarty balkon w większości składa się z powietrza, a nie ze spalin. Fajnie też móc ze znajomymi posiedzieć na ławeczkach w parku zamiast w czterech ścianach się dusić. Jak już wspominałam była wycieczka zakończona zakupami na tydzień. Niestety okazało się, że my (takie dwa małe ludziki) potrafimy zjeść w ciągu tygodnia bardzo dużo, więc powrót z bardzo ciężkimi plecakami musiał odbyć się już tramwajajem, a nie na nogach.
Poza tym doszliśmy do wniosku, że gotowanie w podskokach i na dodatek w dwie osoby to nie nasza domena. Mi udało się przesolić warzywa, a W. osłodził, a później przesolił makaron... także tego... obiad był przepyszny i nie bardzo wiedzieliśmy jak to to zjeść. Po tym gotowaniu i zakupach dochodzę do wniosku, że musimy pozbyć się z kuchni soli i przestać jeść mięso i ser (na resztę może nas stać :P).
Teraz po zakończonej powodzeniem bitwie z historią wychowania śpiewam do głośników, a W. "jeździ" uazem ;)
Właśnie, doszłam do wniosku, że muszę się w końcu nauczyć odpowiadać na komentarze pod nimi. Nauczę się, obiecuję.
Na koniec wrzucam muzyczkę. Muzyczka pozytywna i radosna i kojarząca się z e Zduńską Wolą, ale to długa historia :)

Muzyczka

piątek, 15 października 2010

Kilka kroków przez park :)

Amarantka ostatnio pisała, że to dobrze nie gotować przez jakiś czas, bo dzięki temu mam więcej czasu na cieszenie się Wrocławiem. To pierwsza część moich wynurzeń na ten temat.
Uwielbiam przechodzić przez park zachodni, który w zasadzie jest moim sąsiadem. To taki miły przerywnik między siedzeniem w bloku, a nauką w zatłoczonej okolicy dworca. Przechodzę sobie przez dość niemiejskie miejsce. Ten park lubię dużo bardziej od od zapuszczonego łaskiego pseudo lasu. Tu zawsze coś się dzieje, zawsze ktoś jest. Raz mijam rodziców lub dziadków z zapałem pchających wózki z pociechami. Kiedy indziej uśmiecham się na widok prawie oswojonych wiewiórek. Urocze maluszki robią zapasy i są nieustanną atrakcją rodzinnych spacerów i głuptasów takich jak ja. Aaaaa i nie można nie wspomnieć o rzeszy aktywnych staruszków, którzy spacerują w sportowych strojach z kijkami i z lekką naganą spoglądają na nas-leniwą młodzież :) Co do aktywnych staruszków to zachwycił mnie ostatnio pan ćwiczący chodzenie po taśmie między parkowymi drzewami.
Od jakiegoś czasu zbieram się w sobie żeby zrobić w parku kilka zdjęć, ale za każdym razem coś wypada i zdjęć nadal nie ma.
Oj kochani życzę wam dobrego dnia i dobrego weekendu. Zapomniałam, to będzie mój pierwszy weekend tutaj, zobaczymy, zobaczymy.

poniedziałek, 11 października 2010

Koniec sezonu



Miałam ostatnio dużo pomysłów na notki, ale zupełnie nie związane z jedzeniem, a przy okazji jakoś tak nie mogłam poskładać myśli w zdania. Jeśli o jedzonko chodzi jakoś nie mam ostatnio szans i czasu na gotowanie. Moja droga, zapobiegliwa mama daje mi z dom u tyle jedzenia, że nie przejadamy. Dobrze, że jest zamrażalka :)) Dzisiaj natomiast w końcu się dorwałam do patelni i upichciłam pyszne warzywa z makaronem.

Makaron z warzywami (ostatni taki w sezonie) (2 porcje)
* dwie małe cukinie, ja użyłam żółtych
* papryka, tym razem zielona
* ząbek czosnku
* pomidor
* oliwa z oliwek
* ugotowany makaron, najlepszy byłby jakiś grubszy, ale ja miałam taki od rosołu (:/)
* bazylia, pieprz, sól, słodka papryka
* garść startego żółtego sera

Cukinię i paprykę kroimy, po czym podpiekamy na oliwie (lub bez niej, a co). Warzywa dusimy pod przykryciem, ale nie za długo powinny lekko zmięknąć i nie rozpaśtać się. Teraz możemy dodać obrane, pokrojone pomidory i posiekany ząbek czosnku. Kiedy wszystko w miarę się połączy i podgrzeje mieszamy z ugotowanym makaronem. Na koniec posypujemy startym serem.

Makaron potwierdził moją teorię, że w dobry, słoneczny dzień wymaga jedynie ciepłego, smacznego posiłku, by stać się idealnym.

Tym czasem żegnam się z Wami i idę łapać słońce na balkonie podczas czytania jakiś uczelnianych głupot. Ach i życzę dobrego dnia.

czwartek, 30 września 2010

Pierwsze koty za...


W sumie to chciałam znaleźć ciekawszy rym niż płoty, ale jakoś nic nie przychodzi do mojego niewyspanego móżdżka.
Uczę się życia tu, w zupełnie nowym otoczeniu. Stanowczo nie ogarniam :) Znaczy powoli, bardzo powoli przestaję się gubić, ale droga daleka przed nami. Tak czy inaczej nie ma co się nakręcać, bo jutro znów do Łasku. Tak, tak posiedzę sobie w mojej dziurze, zuchy odwiedzę, Pasi opowiem jak u nas, bo ona mi piękne sprawozdanie napisała.
Aaaaa, poza tym dzisiaj w końcu byłam w środku głównego gmachu uniwersytetu i muszę przyznać rację. Tak, on wygląda jak kościół.
Dziękuję za słowa otuchy, pewnie jeszcze nie raz będę tu marudzić na mój biedny los :)
Na koniec powiem jedno... czemu jest tak strasznie zimno?!?

poniedziałek, 27 września 2010

Przenosiny


Jutro moje rzeczy wrzucone zostaną do samochodu i pojedziemy. Pojedziemy do miasta, z którym prawdopodobnie zwiążę się na najbliższe kilka lat. Nie wiem jak to będzie, ale przecież musi być dobrze. Mam nadzieję, że nauczę się podtrzymywać przyjaźń na odległość, bo nie wyobrażam sobie żeby tych roześmianych twarzy mogło nie być w moim życiu. Tak, koniecznie muszę się nauczyć. Zostawiam tutaj swoje zuchy, trochę się boję, bo chociaż osoba, której je zostawiam jest fantastyczna to za mało w siebie wierzy. Pracowałam z nimi tylko rok, a przywiązałam się niesamowicie, jednak dzieciaki mają w sobie to coś, co nie pozwala się oderwać.
To tylko tak chciałam napisać.

Bardzo dziękuję za pomoc, o którą prosiłam w poprzednim wpisie. Jednak nie zamykam listy i jeśli komuś wpadnie do głowy jeszcze jakiś tytuł to proszę mi go podrzucić.

piątek, 17 września 2010

Mała prośba i to, co lubię.

Zaczęłam czytać książeczki dla dzieci, bo muszę opracować 20 najpopularniejszych i tu zaczynają się schody.Ja nie bardzo znam się na dziecięcej literaturze, a tym bardziej na hitach, natomiast pani w bibliotece wydawała się nieco zagubiona. Także jeżeli ktoś ma większe pojęcie na temat książek dla dzieci w wieku mniej więcej 5-10 lat to proszę o pomoc i podrzucenie jakiegoś tytułu.

Miałam napisać o lubieniu i to tylko w 10 punktach. Ograniczenie ilości punktów dość utrudnia sprawę, bo ja lubię dużo rzeczy, a na dodatek te rzeczy często się zmieniają. Tak, czy inaczej spróbuję.
1. Czytać i lubię książki. Książki uwielbiam czytać, oglądać, wąchać, poznawać fakturę, otaczać się nimi i dawać w prezencie. Czytanie to coś, co może umilić mi każdą chwilę, nie mówię tu tylko o czytaniu książek. Czasem, kiedy długo nie czytam niczego bardziej konkretnego czytam reklamy, napisy na murach albo składy na opakowaniach.
2. Jedzenie i gotowanie. Przyjemność sprawia mi przygotowywanie posiłków, siekanie, ścieranie, duszenie. Cieszę się kiedy mogę nakarmić kogoś czymś, co sama ugotowałam.
3. Harcerzy z ich dziwactwami, wewnętrznym "folklorem", dziwnymi zabawami, bieganiem po lesie, poznawaniem osób z drugiego końca Polski zupełnie przypadkiem, a najbardziej lubię to, że z większością z nich umiem porozumieć się w pół słowa choćbyśmy widzieli się po raz pierwszy.
4. Sobie tak po polsku ponarzekać. Usiąść z kimś przy herbacie i gadać, gadać, gadać, przedrzeźniać się, czepiać słówek, licytować, kto ma gorzej. To chyba źle wróży mojej starości :P
5. Słuchać radia. Najbardziej lubię radio wieczorem. Zwykle słucham Trójki i odkleić się nie mogę kiedy mówi do mnie np. Jan Ptaszyn-Wróblewski, ojjj! Radio stało w moim pokoju od kiedy pamiętam i to może zwykłe przyzwyczajenie, ale bez niego jest mi smutno, cicho i brakuje mi cogodzinnych wiadomości.
6. Oglądać seriale prosto z internetu i krzyczeć kiedy wyczerpuje mi się limit.
7. Chodzić po górach. W górach świat ma inne kolory,a zmęczenie smakuje mi zupełnie inaczej. Wielka szkoda, że w te wakacje w górach właściwie nie byłam i nie będę. Oby za rok udało mi się poprawić ten niewybaczalny błąd.
8. Lubię oglądać zdjęcia. W zasadzie wszystkie zdjęcia stare i nowe, moje i osób zupełnie mi nieznanych. Zdjęcie to przecież nic innego jak złapana chwila i to strasznie mnie fascynuje. Czasem po obejrzeniu przypominamy sobie dawno zapomniane zdarzenia, ludzi, z którymi nie mamy już kontaktu.
9. Moje miasteczko. Może to mało popularne, ale na prawdę je lubię. Chociaż jest nudne, dziwne (jak to małe miasteczka), ze skłonnością do podkreślania swojej wielkości. Fajne w nim jest to, że nie można się zgubić, wszędzie jest blisko, prawie zawsze idąc ulica spotkasz kogoś, kogo znasz... Pewnie do napisania tego skłoniła mnie ostatnia zabawa w przewodnika.
10. Dziesiąty punkt, taki stanowczy i końcowy, ojej. To jak tak niepoważnie. Lubię to zdjęcie, które kiedyś się gdzieś zapadło, a teraz wróciło0 i cieszy mnie ogromnie. Szczególnie kiedy je porównam z wyglądem obecnym osobnika.


A teraz powinnam zaproponować osoby, które nam powiedzą co lubią. To też był dla mnie problem dlatego postanowiłam zaproponować LIDCE udział w zabawie, może akurat to przeczyta i znów zacznie pisywać. A teraz zamierzam przenieść bakcyl tej zabawy na fotoblogi, dlatego sugeruję żeby o swoim lubieniu napisali NATALIA, PIOTREK, PASIA, ZEKI, ANIA, NIEWIASTA, ENZO. No i już więcej osób chyba mi się nie nasuwa, ale jeśli ktoś tu wpadnie, a w zabawie nie brał jeszcze udziału to niech się czuje zaproszony.

wtorek, 14 września 2010

Ciasteczka miętowo-czekoladowe



Zaczął się zabiegany, zasmarkany czas. Ogólnie ciągle kursuje między domem a hufcem i zaczynam się już gubić w tym co, gdzie powinnam zrobić. W zasadzie wolę taki stan, niż uczucie zawieszenia i robienie nic. W niedzielę uśmiechałam się i promowałam nas na gminnych dożynkach. Było mniej nudno niż przewidywałam, przypomnieliśmy sobie jak smakuje wata cukrowa i namawialiśmy dzieci do rysowania. Za to od dzisiaj walczę z organizacja manewrów, złooo.

Dobra teraz czas na kuchnię, bo nic nie dodaje sił tak, jak mleko i dobre ciasteczko.
Przepis na dobre ciasteczka znalazłam tu. Ja uważam, że one są przepyszne, ale smak jest specyficzny. W na przykład stwierdził, że są one gorzkie...co, kto lubi :)



Ciasteczka czekoladowo-miętowe (przepis za Wiosanną)
1 szklanka mąki
1 szklanka cukru
0,5 szklanki kakao
0,5 szklanki siekanej, świeżej mięty
2 jajka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
80g stopionego masła
szczypta soli

Suche składniki przesiewamy przez sito i mieszamy (mięta to też suchy składnik).
Stopione masło studzimy i mieszamy z jajkami.
Teraz płynne składniki łączymy z suchymi.
Z ciasta formujemy zgrabną kulkę i chłodzimy przez godzinkę w lodówce lub zamrażarce.
Po wychłodzeniu formujemy z niego kulki wielkości orzecha włoskiego i układamy dość luźno na wyłożonej papierem do pieczenia blasze.
Ciasteczka pieczemy 10 minut w 180 stopniach.
Z papieru odklejamy ciastka dopiero po lekkim wystudzeniu, bo inaczej mogą się one porozpadać.
(Ja do ciasta dodałam kilka łyżek wody, bo jakoś nie mogłam tego ładne połączyć)

Ps. O lubieniu napiszę następnym razem.

środa, 8 września 2010

Po bazylii i magiczne śniadanie



Wczoraj zrobiłam żniwa. Wycięłam w pień nasze bazyliowe poletko. Mrrrr jak pachnie taki bukiet z bazylii. Z nosem w zielonej wiązce nawet marzenia o podróży do Włoch, bo w moich marzeniach Włochy pachną bazylią.

A dzisiaj kolejna posiadówka w hufcu, nawet dwie. Poza tym dzień zaczął się zimnem, brrr strasznie było zimno rano, aż nos spod kołdry nie chciał się wysunąć. Za to odbiłam sobie śniadaniem. Śniadanie było z tego przepisu i było bajeczne. W sumie nie przypuszczałam, że w normalny, pracowity dzień zjem na śniadanie placuszki, ale one są tak szybkie i łatwe w przygotowaniu, że nie było problemu.
A tak przy okazji, od razu zrobiło mi się ciepło.

poniedziałek, 6 września 2010

Pomidory, pomidory, pomidory



W tym roku warzywa nie zachęcają do siebie ceną. W zasadzie zastanawiam się czy było coś takiego jak sezon na pomidory, sezon na paprykę, sezon na śliwki, podczas, którego frukta kosztują grosze i można ich używać w nieograniczonej wręcz ilości, na wszystkie sposoby. Tak czy inaczej w tamtym tygodniu szalałam z pomidorami. Nie ma jak zmasakrować 15kg pomidorów, a ich soki i delikatny, przemielony miąższ zamknąć w słoikach, to prawie jak lato w słoiku. Zimą otwiera się taki słoik, dolewa jego zawartość na patelnię pełną plastikowych warzyw i znów wszystko nabiera smaku.

Tak czy inaczej polecam, domowy przecier z pomidorów. Pyszne i takie proste.

Po przemieleniu pomidorów (bez skórki i ziarenek) gotujemy je ok 1,5h, następnie wlewamy do słoiczków i w słoikach gotujemy jeszcze jakieś 20minut.

czwartek, 2 września 2010

Wracam

Od bardzo dawna nie pisałam nic na tym blogu. W sumie to chęć do pisania opuściła mnie tak bardzo, że nawet nie komentowałam waszych wpisów. Mam nadzieję, że jakoś mi to wybaczycie i przyjmiecie z powrotem do waszego blogowego towarzystwa.
W ciągu tych paru miesięcy sporo rzeczy się u mnie zmieniło i zdarzyło. Po pierwsze dostałam się na studia, na które dostać się chciałam. Po drugie wyjechałam na obóz, który był zupełnie inny niż myślałam, że będzie. Między innymi po raz pierwszy spotkałam się z grupą dziewczynek w różnym wieku, które nie chcą chodzić na dyskoteki :P Teraz czeka mnie poszukiwanie miejsca do zamieszkania we Wrocławiu, ale nie muszę się za bardzo spinać, bo przecież mostów we Wroc dużo.
Niestety jeśli chodzi o gotowanie to zupełnie się opuściłam. Największym wyczynem było gotowanie wielkich garnków leczo... mrrr leczo! Nieważne, trzeba zapomnieć o dwumiesięcznym okresie odseparowania od kuchni i od bloga. Niniejszym wracam :)

środa, 16 czerwca 2010

Tarta truskawkowa

Znów będzie na słodko. Z powodu wakacyjnej nudy wymyśliłam taki oto przepis. Nie jest to na pewno nic oryginalnego, ale co tam.

Przepis na kruche ciasto pochodzi z najbardziej zaufanej książeczki o ciastach jaka moja rodzina posiada. Niestety książka wyrabiając sobie renomę straciła okładkę i nie mogę Wam jej teraz przedstawić. Mam nadzieję, że okładka kiedyś się znajdzie.



Tarta truskawkowa
Spód:
* 300g mąki
* 50g cukru
* 125g margaryny
* 1-2 jajka
* łyżka kwaśnej śmietany
* 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
* szczypta soli

To jest kruche ciasto, więc dobrze będzie jeśli składniki będą zimne. Przesianą mąkę zagniatamy dokładnie nożem, a na koniec szybko wyrabiamy ręcznie. Wygniecione ciasto wrzucamy na pół godziny do zamrażalnika lub do lodówki. Po wyjęciu wałkujemy na grubość ok. pół centymetra i wykładamy nim tortownicę (albo formę to tart). Tortownica powinna być wysmarowana tłuszczem i obsypana bułka tartą lub wyłożona papierem do pieczenia. Nie można zapomnieć o zrobieniu brzegów wysokości chociaż półtora centymetra. Ciasto nakłuwamy widelcem i pieczemy ok.30 minut w średniej temperaturze.

Wierzch:
* pocięte w plasterki truskawki (ok półtorej szklanki)
* 3/4 szklanki pokrojonych orzechów włoskich
* 0,5 szklanki jogurtu naturalnego
* 0,5 szklanki śmietanki kremówki
* 2 jajka
* 3 łyżki cukru
* kropelka olejku migdałowego*

Na upieczonym spodzie układamy truskawki, posypujemy je orzechami. Resztę składników mieszamy dokładnie i powoli wylewamy na ciasto, trzeba uważać, żeby masa nie wylała się za brzegi. Całość zapiekamy jeszcze 15-20 minut.


* W Łasku rozniosła się wieść, że zapach waniliowy odstrasza komary. Nie wiem czy to prawda, ale w sklepach powoli zaczyna brakować olejku waniliowego :P

środa, 9 czerwca 2010

Candy

Weszłam na pewien fantastyczny blog wczoraj i ku mojej wielkiej radości ogłoszone zostało tam candy. Ponieważ kolczyki są moją wielką słabością musiałam spróbować je dostać, co i wam proponuję. A oto link do bloga: link

sobota, 22 maja 2010

Śniadaniowe rogaliki


Zeki nie pozwala żeby blog był osierocony, przypomina o notkach. Dziękuję Zeki ;)

Notka ta miała powstać w tamtym tygodniu ale nastąpiły zawirowania i zaginęła kartka z przepisem. Ja nie mam dobrej pamięci jeśli chodzi o liczby, więc wolałam poczekać aż się znajdzie.

Krucho-drożdżowe rogalki
( dwie duże blachy, tym razem nie policzyłam dokładnie ;)
* 25dag margaryny do pieczenia
* 50g drożdży
* 0,5kg mąki
* łyżka cukru
* szczypta soli
* 2 jajka
* 2 łyżki kwaśnej śmietany (najlepiej w temperaturze pokojowej)
* powidła, dżem, marmolada
* opcjonalnie białko jajka

Drożdże, śmietanę, cukier mieszamy i odstawiamy do wyrośnięcie w ciepłe miejsce.
Mąkę przesiewamy, dokładamy margarynę, jajka i sól, wszystko rozdrabniamy nożem. Na koniec wlewamy drożdżowy rozczyn.
Wszystko wyrabiamy rękoma. Wyrabiać możemy dłużej niż ciasto kruche, ale nie tak długo jak drożdżowe.
Wyrobione ciasto wstawiamy na pół godziny do lodówki.
Schłodzone ciasto tniemy na placuszki, które wałkujemy na posypanej mąką stolnicy. Później z placuszków wycinamy trójkąciki.
Na środek podstawy trójkątów nakładamy dżem i zwijamy zaczynając od podżemowanej strony. W ten sposób uzyskujemy rogaliki. Możemy je teraz posmarować rozmąconym białkiem.
Rogaliki pieczemy ok 40 minut w 180 stopniach.



A właśnie. W końcu zakończyłam maturalne starcie :)

sobota, 8 maja 2010

Drożdżowe ślimaczki, czyli wypieki niesezonowe




W końcu nadszedł na nie czas. Nieważne, że już dawno wypełzły z mojego domu.
Muszę zaznaczyć, że przepis na nie wzięłam z tego bloga (klik). Znaczy nie wytrzymałam i zmieniłam go trochę, ale tylko trochę :)

Drożdżowe ślimaczki
(ok. 30 sztuk)

Ciasto: * 4 szklanki mąki pszennej
* 5 dag drożdży
* 1 szklanka letniego mleka
* 1/3 szklanki cukru
* 100g roztopionego masła / margaryny do pieczenia
* szczypta soli

Wkład: * 2 łyżki stopionego masła
* 3-4 łyżki cukru
* 1 łyżka cynamonu
* garść rodzynek
* garść pestek słonecznika

Dodatkowo: * jedno białko


Rozkruszone drożdże i szczyptę cukru zalewamy letnim (nie gorącym)mlekiem, wszystko mieszamy do rozpuszczenia i odstawiamy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Mojej miksturze zajęło to ok. 20 minut.
Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy cukier, sól i wyrośnięte drożdże.
Całość wyrabiamy, a kiedy się połączy dodajemy roztopione i lekko przestudzone masło, wyrabiamy dalej. Dobrze wyrobione ciasto będzie błyszczące, zbąblowane i nieklejące.
Z wyrobionego ciasta formujemy kulkę, obsypujemy ją mąką, przykrywamy ściereczką, albo folią i odkładamy na 30 minutowe leżakowanie.
Leżakowanie powinno zaowocować podwojeniem ilości ciasta.
Teraz nasz wyrób rozwałkowujemy na obsypanej mąką stolnicy tak, by uzyskać prostokąt.
Na małym gazie rozpuszczamy i mieszamy ze sobą wszystkie składniki wkładu.
Roztopiony wkład przelewamy na ciasto i równomiernie rozprowadzamy. (Ja zrobiłam to palcem, ale palec nie był zbyt szczęśliwy z tego powodu.)
Ciasto zwijamy wzdłuż dłuższej krawędzi i tniemy na plastry (ok. 1,5cm).
Choć w podstawowym przepisie zalecano odłożyć je do ponownego wyrastania ja tego nie zrobiłam.
Ślimaczki rozkładamy dość luźno na wyłożonej papierem brytfance, smarujemy roztrzepanym białkiem i pieczemy 20-30 minut w 200 stopniach.


W poniedziałek matura z biologii. Ałć!
Dziękuję za wszystkie kciuki.

poniedziałek, 3 maja 2010

Ze zdjęć relacja

Wczoraj byłm na spacerze z dwoma kochanymi wściekliznami.
A było to tak:





Dzisiaj... zaczęliśmy sezon :D Pierwsza tegoroczna wyprawka do Załęczańskiego Parku Krajobrazowego.
Aż nie mogę się powstrzymać przed wrzuceniem zdjęć.
Boże, dziękuję, że są na świecie przyjaciele, którzy wiedzą lepiej ode mnie czego mi trzeba.













A dla Pasi sto lat!
Po pierwsze, bo ona bardzo lubi śpiewać "Sto lat", po drugie bo ma urodziny dziś.



Jutro zaczynamy matury...fantastycznie...

piątek, 30 kwietnia 2010

Nie nadajemy z Wrocławia

Dzisiaj miałam napisać notkę zaczynającą się od słów "Halo, halo. Znów nadajemy z Wrocławia.", ale nie zacznę tak. Nie zacznę, bo nadal nadaję z Łasku, bo jedne rzeczy trwają za długo, a inne nie chcą czekać. Na szczęście W. zdążył dołączyć do mnie. Na szczęście, bo inaczej przerwa majowa byłaby nieznośna.

Wiecie skończyłam dzisiaj szkołę. Dziwnie, tak wcześnie.

Dziękuję za wcześniejsze komentarze. Jestem zdumiona niezmiernie i jeszcze raz dziękuje... tak wiele ciepłych słów.

środa, 28 kwietnia 2010

Pierwsze muffinki



Oto i one. Moja chluba i duma. Pierwsze w życiu muffinki.
Muszę koniecznie zaznaczyć, że podstawową formułę ciasta pobrałam stąd i jak pisałam mam nadzieję, że Asieja się nie obrazi.

Muffinki jagodowo-czekoladowe
(20 ślicznych babeczek)
* 1,5 szklanki mąki
* 3/4 szklanki cukru
* 1/2 szklanki oleju
* 1/4 szklanki mleka
* 2 jajka
* szczypta sody
* łyżeczka proszku do pieczenia
* biała czekolada
* garstka jagód
* bułka tarta

Suche składniki przesiałam przez sito i pomieszałam z posiekaną czekoladą.
Mokre składniki zmieszałam ze sobą.
Dodałam suche do mokrych i połączyłam (średnio dokładnie).
Po przełożeniu ciasta do wysmarowanych i wysypanych tartą bułką foremek (półtorej łyżeczki na babeczkę) powciskałam do nich zamrożone jagody.
Wszystko piekło się ok 30min. w temperaturze 180 stopni.

PS. Jeżeli tak, jak ja nie wykładasz foremek papierowymi kokilkami jagody nie mogą przylegać do boków foremki, bo babeczka baaardzo się przyklei. Ja swoje muffinki musiałam wydłubywać nożem z foremek.

Tak, Amarantko ja też nie mogę się doczekać świeżych owoców. Na szczęście mam domowe mrożonki.